Gospodarka doznań

Zbiór reportaży Marcina Kołodziejczyka "Bardzo martwy sezon" ukazuje próby przemiany polskiej mentalności w ciągu ostatnich kilkunastu lat.


W ramach cyklu „Na własne oczy” publikowanego od ponad 20 lat na łamach tygodnika "Polityka” ukazało się ponad tysiąc materiałów. Reportażami Polska stoi od lat kilku, a gatunek doczekał się apoteozy w postaci ubiegłorocznego Nobla dla Swietłany Aleksijewicz. Pracujący od ponad 20 lat w zawodzie dziennikarz Marcin Kołodziejczyk był wielokrotnie nagradzany za swoją pracę, m.in. prestiżowym Melchiorem. "Bardzo martwy sezon” to jego trzecia książka. Pomysłem na pierwszą książkę, "B. Opowieści z planety prowincja”, było jeżdżenie tanimi pociągami po Polsce i wchłanianie ludzkich historii. Głośna "Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” to rewers „B.” - ukazuje w zasadzie tych samych ludzi, ale w innej przestrzeni – moszczących się w miastach i tworzących grupy społeczne, które socjologowie chcieliby nazwać mieszczaństwem. "Bardzo martwy sezon” zbiera najlepsze reportaże opublikowane w ciągu ostatnich kilkunastu lat na łamach "Polityki”. Powiedzieć, że zbiór to przejmujący, zwielokrotniony obraz polskiej mentalności, to jak nic nie powiedzieć.

Kołodziejczyk jest znany z wrażliwego ucha i poliglotyzmu. W jego reportażach wyraźnie widać, że "każdy człowiek to inna struktura temperamentu”, a autor doskonale te różnice wydobywa za pomocą języka. Umiejętność podkradania wsobnej narracji, którą posługują się ludzie w różnych rejonach kraju, i charakterystyczne "wchodzenie do głowy” bohatera reportażu sprawiają, że podczas lektury zapominamy zupełnie o tym, że czytamy reportaż – jesteśmy świadkami historii, które wydarzyły się rzeczywiście i naocznie. Dlatego wielu jest zdania, że te reportaże rozsadzają kanciastą formę gazetową, co przenosi je w sferę literatury.

Polski alfabet

Reportaże Kołodziejczyka zasiedlają ludzie prości, wiejscy poeci, nadwiślańscy rybacy, samotni transseksualiści, pielęgniarki z hoteli pracowniczych, ale i sfrustrowani mieszkańcy dużych miast, tracący czas i nerwy w korkach. Reporter przemierza jednak w większości krainy upadłych pegeerów i sprawdza, jak daleko kapitalizm zagnieździł się w obszarach poza wielkimi miastami.
Lekturę tych tekstów szczególnie warto polecić mieszkańcom dużych miast. Otóż okazuje się, że prawdziwe życie jest gdzie indziej. Choć nam, mieszkańcom stolicy, trudno w to uwierzyć, w Polsce ludzie w większości nie żyją od kampanii do przetargu, od odbicia korporacyjnej karty do spotkania ewaluacyjnego, od jednej spłaty raty kredytu do publicystycznej awantury po wyborach. W Polsce kolejnych liter alfabetu, wciąż pracuje transformacja. Rolnicy latyfundyści w klimatyzowanych traktorach z WiFi to tylko infrastrukturalny naskórek. Prawdziwe przemiany mentalności nie nadeszły albo są wciąż w powijakach. Na pojedyncze ludzkie historie z Kraśnika, Honiatyna czy Borzęcin polityka nie ma w zasadzie większego wpływu – to miasto się polityką snobuje. Prowincja (również w znaczeniu mentalnym – niekoniecznie urbanistycznym) rządzi się własnymi prawami. "Polami chodzą na niemo” mężczyźni "młodzi, silni i po winie” albo tacy, których "szkoła nie ceniła”. Pod sklepami rozgrywa się polska współczesność mniej lub bardziej prowincjonalna, bo nie ma już objazdowych kin, a agroturystyka nie przynosi spodziewanych profitów - "wypoczynek jest dla małej garstki najedzonych, a jedzenie – dla wszystkich bez wyjątku. A zwłaszcza picie”. Reporter dotarł również do słynnych Manieczek – dawniej imprezowni, dziś legendarnego klastra towarzyskich osobliwości, błyszczącego nowością udresowienia i ludzi, dla których "autobus jest pojazdem dla szarej masy życiowych errorów”.     

Archeologia ludzkiego doświadczenia

Bodaj najlepszą diagnozą tego, jakie rezultaty przyniosły nowoczesne przemiany gospodarcze, jest reportaż "Opakuj i sprzedaj swoją wieś”. Z perspektywy branży marketingowej to tekst wyjątkowo celny i gorzki jednocześnie. Kołodziejczyk z przekąsem wskazuje, że „gospodarka doznań” oznacza nic innego jak rzeźbienie w abstrakcji w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości – dawny pegeer został zamieniony w wioskę Hobbitów, gdzie serwuje się gołąbki Bilbo Bagginsa, a ludzie zarabiają na życie kręceniem talerzami na patyku, bo "era mikrozajęć, czyli zawodów uprawianych przez całe życie, według nauki już się skończyła”. Ewentualne przemiany zachodzą w warstwie języka, który wykonuje ekwilibrystyczne sztuczki, żeby dostosować się do rzeczywistości. "Wiejskie czynności dostają nowe rynkowo-naukowe nazwy. Do tej pory ludzie zbierali się w remizie, żeby pogadać i coś uradzić, a obecnie się facylitują, co znaczy, że wzajemnie na siebie wpływają, powodując wzrost zachowań określonego rodzaju. Gdy coś wymyślę, to będzie to projekt. Jak zacznę coś robić, to będzie to produkt albo oferta. Jak będą dużo o tym gadać i przyjedzie telewizja, to wejdą w fazę lansowania produktu. Wyobrażając sobie, dla kogo to robią, ustalą grupę docelową, czyli "stargetują odbiorcę.” Nowoczesna ekonomia zaleca wsiom zarabiać na emocjach ludzi, a nie na ich wyżywieniu. W nadmorskich miejscowościach po sezonie „w kurorcie się tylko odpoczywa i upiększa stan rzeczywisty”. Samotność funkcjonuje jako brzemię ludzi "opuszczonych, skrzywdzonych przez historię tego kraju”.
W wielu miejscach w Polsce wciąż lepiej jest mieć pracę niż mieć czas. Na prowincjach nadal sprzedaje się towary na zeszyt, kwitnie chów wsobny, bo wszelka inność postrzegana jest źle, a zamknięte na nowe miejscowości niejednokrotnie same wymierzają sprawiedliwość przez samosąd. "Nie o to chodzi, że nie ma w ludziach chęci do roboty, tylko jest marazm, kiedy się chodzi po mieście, można usłyszeć, że nie tak miało być w tej wolnej Polsce”. Obowiązkowa lektura dla tych, którzy na co dzień zapominają, że Polska składa się nie tylko z dróg szybkiego ruchu, unijnych dopłat, odbudowanych fasad i udanych termomodernizacji. Kołodziejczyk delikatnie odsłania podszewkę tego, co oficjalne, statystyczne i pokazuje, że wciąż istnieje w Polsce nieujarzmiona siła, która nie otrzymała od czasów przemian systemowych odpowiedniej ilości troski i uwagi.     

Wśród współczesnych znawców i diagnostów polskiej mentalności wybijają się trzej: Ziemowit Szczerek, Krzysztof Varga i Marcin Kołodziejczyk. Z nich zaś największy jest Kołodziejczyk.  

Marcin Kołodziejczyk, „Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne”, Wielka Litera, Warszawa 2016

Katarzyna Woźniak 225 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.