Debiut, który zaskakuje

W erze dzienników, pamiętników i "comingoutów" Jarkowi Westermarkowi w debiutanckim zbiorze opowiadań udaje się nie popełnić grzechu wielu młodych pisarzy: pisania tylko o sobie.


Jarek Westermark to prawnik, tłumacz i poeta. "Opowiadania, które napisałem” - niepozorny debiutancki zbiór opowiadań zaskakuje świeżością i oryginalnością wyobraźni. Zwraca uwagę warsztatowa sprawność i elastyczność autora: potrafi czerpać z wielu literackich konwencji dotychczas oczywistych, skostniałych i ogranych, jak opowieści grozy, powieść detektywistyczna czy fantasy. Swobodnie miksuje style. Eksperymentuje, ale bez sztucznego zadęcia i irytującej pozy.  
"Opowiadania, które napisałem” pod pozorem przyjemnej intelektualnie rozrywki przesączają poważną, filozoficzną refleksję o kondycji człowieka i sposobach jego istnienia (czy nawet poistniewania). Bohaterów Westermarka poznajemy bowiem w różnym stopniu egzystencjalnego natężenia: stropionych, skupionych, umarłych lub do miana człowieka pretendujących. Wśród nich krążą rezolutne ptaki, elektryczne koty, średniowieczni rycerze zaplątani w zakola cudzej opowieści. Westermark lubi zbliżać oko do z pozoru oczywistych, drobnych przedmiotów, rzeczy i zdarzeń. W każdej stara się dostrzegać to, co pulsuje pod powierzchnią oczywistości.
Jednym z pól tematycznych, wokół których obraca się proza Westermarka, jest śmierć – pojmowana wielorako, czasami jako proces lub, paradoksalnie, pełne życia zjawisko.
Autor oddziela świat rzeczywisty od tego, który pulsuje pod jego cienkim naskórkiem. Nie sposób jednak tę granicę wyznaczyć, trudno ją uchwycić, bo i bohaterom opowiadań nieraz zdarza się przeoczyć fakt zejścia z tego świata. Tak dzieje się w przypadku Czerwa, który - jak się okazuje - od dziecka pracował na zaprzedanie swojej duszy. Dowiaduje się o tym chwilę po śmierci. Piekło w opowiadaniu „Dobra wiara” przypomina dobrze zorganizowaną korporację ubezpieczeniową, której agent łapie denata za słówka i udowadnia, że z niepisanej słownej umowy po śmierci wywiązać się trzeba. Na reklamację usług jest jednak za późno.
Paradoksalnie to śmierć aktywizuje człowieka. Staje się motorem napędowym jego działań – kiedy już jest za późno, żeby ten proces odwrócić. Ciekawe, że o potwierdzenie swojego istnienia człowiek zabiega najmocniej po drugiej stronie - tam odczuwa największą potrzebę budowania swojej renomy. Chodząc po ziemi, skupia się „na skrzydlatych cieniach i przedwiecznych bóstwach”. Do tego stopnia, że przez cały dzień udaje mu się „ani razu nie pomyśleć o swoim życiu” i odczuwa w związku z tym coś na kształt ulgi.
Po śmierci można też trafić w sam środek lasu i próbować odnaleźć swoje miejsce w łańcuchu naturalnych przemian. Wielkim walorem „drugiej strony” jest na przykład nabyta umiejętność rozmowy z drzewem. Choć i w tej sytuacji człowiek nieustannie się wierci, mości, wciąż chce coś na siłę poprawiać w swoim stanie bytu. To już bodaj właściwość gatunku, że nawet własną śmierć potrafimy skomplikować. W „Przysłudze” bohater nieustannie analizuje proces rozkładu i rozpadu, do świata natury próbuje przeszczepiać na siłę swoje ziemskie przyzwyczajenia, ludzką logikę i tendencję do udowadniania naturze, że to on nad nią panuje: „Kombinatorstwo nie jest w naturze zbyt powszechne. Jej strata”. Człowiek jest śmieszny w swojej egzystencjalnej pysze: kpi ze spojrzenia bluszczu pozbawionego oczu i zrozumienia, dworuje z os, że „nie rozumieją idei pytań retorycznych”. Mimo wszystko zdaje się nie kierować złą wolą: próbuje rozwiązywać leśne konflikty i stara się przydawać na coś naturze oprócz oczywistego nawożenia ściółki. Człowiek swoimi działaniami próbuje wciąż potwierdzać swój status, a nawet swoją gatunkową wyższość: „pokażę dębowi, że wbrew temu, co widzi, nadal jestem człowiekiem. Niezależnie od stanu rozkładu mojego ciała”. To, co odróżnia człowieka od innych form istnienia, to również tendencja do snucia opowieści. Ciekawym przykładem takiego istnienia wielokrotnego jest opowiadanie "Więzień”, którego refleksja autotematyczna wykracza znacznie poza granice dyskursu teoretycznoliterackiego.

Przyroda w opowiadaniach Westermarka żyje swoim dostojnym życiem, oddycha w swoim rytmie, niejednokrotnie odmawia współpracy z człowiekiem: "rośliny z wyższością odmawiają czerpania środków odżywczych z nawozu”, pomidory na złość nie chcą rosnąć. Dwustuletni dąb z lekceważeniem mówi, że ludzie przychodzą i odchodzą jak mgła, ale nie słyszą głosu drzewa, tylko szum liści, nie rozumieją języka natury. Bardziej prawdziwe od żywych ludzi są już nawet duchy. 
To, co znajduje się po fakcie śmierci, jest niejako drugą stroną lustra weneckiego, bo zmarli bohaterowie tęsknią za innymi ludźmi, pragną wręcz z nimi kontaktu („Trzciny”). Na stronę śmierci dużo łatwiej jednak się przedostać. Podróż w drugą stronę, jest jednak niemożliwa, a próba oszukania natury kończy się nieszczęściem.
Westermarka interesuje to, co pozornie oczywiste i codzienne. Wnikliwie przygląda się na przykład ptasiemu życiu. Skrzydlaci bohaterowie pierwszego, kryminalnego opowiadania, próbują rozwikłać tajemnicę morderstwa Pożeracza Chleba. Sprawą zajmuje się detektyw Krakacz. W trakcie śledztwa potwierdza informacje o współpracy denata z bezdomnym i działalności mafijnego klanu Sikorek Bogatek. Ptasi świat styka się z ludzkim, nieraz z nim przeplata, ale nie każdy kontakt z ludźmi oznacza korzyści. Niuanse reguluje ptasi kodeks: „układy z ludźmi to jedno, jawna zdrada dla umocnienia własnej pozycji – to coś zupełnie innego”. 
Westermark myślami wybiega również w przyszłość. Opowiadanie „Majka” nosi znamiona prozy futurystycznej, a pozostawia po sobie nieprzyjemne wrażenie celności przewidywań. Tajemnicza Unia pewnego dnia zabrania hodowli zwierząt domowych, dlatego wśród rodzin coraz popularniejsze stają się MajKoty produkowane przez monopolistę – firmę Elektronix Polska. Na rynek niebawem ma trafić najnowszy model kota, któremu można modyfikować nastrój według ludzkiego uznania, wstrzymać przemianę materii, nakazać spać przez całą dobę czy nawet wyciszyć uciążliwe miauczenie. Wprowadzenie nowego modelu wiąże się jednak z rynkową próbą wymuszenia na klientach inwestycji: części zamienne do poprzednich nie są już produkowane. Najtrudniej zawiłość bezlitosnych reguł rynku wytłumaczyć kilkuletniej dziewczynce, która do poprzedniego „modelu” najbardziej się przywiązała.

W prozie Westermarka wszechobecny jest cień. Trochę jak u Stefana Grabińskiego: snuje się jak mgła, wypełza spod obrazów rzeczywistych, sygnalizując, że coś jeszcze dzieje się pod podszewką. Przy jego pomocy autor konstruuje atmosferę zmierzchu, nastroju pełnego tajemnic, egzystencjalnego smogu, którego duszna obecność towarzyszy czytelnikowi nawet podczas śledzenia przebiegu flirtu narratora z policjantem w celu uniknięcia kary za przewinienie drogowe („Mandat”). Trudno tę gęstwę nazywać, trudno też ją wartościować: zdaje się, że to ona wzmacnia istnienie, wręcz je warunkuje, wskazuje na drugie dno, podszewkę życia i bycia. Zdaje się, że to istotny wyróżnik prozy debiutanta.  

Dużo w tych opowiadaniach inteligentnego humoru, igrania z wieloznacznością języka, narracyjnego flirtu, zabawy z uwagą czytelnika. Westermark wykorzystuje w tym celu siłę nośną homonimów czy opalizację znaczeniową słów (jak w „Zatokach Adriana”). Już tytuł zbioru to figlarnie puszczone do czytelnika oko. Tomik, skonstruowany niby od niechcenia, proponuje zaskakującą treść i jest udanym, odważnym eksperymentem. Zaskakująco łączy konwencje, ale nie udziwnia i nie uwzniośla. Nie przegaduje opowieści, nie przeładowuje wątkami i nie popisuje się wirtuozerią językową. Jego proza wciąga, sprowadza na manowce, każe błądzić, szukać i nadążać. To wysmakowana, przyjemna lektura i dobrze rokujący debiut.

Jarek Westermark, "Opowiadania, które napisałem”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2015

Katarzyna Woźniak 202 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.