Lody są jak narkotyki [wywiad]

O specyfice rynku lodowego w Polsce i trendzie slow opowiada Włodzimierz Karandyszowski, prezes firmy Pura Vida i "ojciec" Big Milka.

MMP: Mówią o panu „król lodów”.
Włodzimierz Karandyszowski: Daleko mi do miana króla. Nawet nie jestem waletem. W Polsce jest kilka osób, które kandydują do tego miana. Jeżeli demokratycznie wybieralibyśmy króla, zostałby nim Zbigniew Grycan. Dobrze się kojarzy, ma wykształcenie cukiernicze, mnóstwo zrobił dla branży. Gdyby to było samonominowanie, to pewnie byliby to bracia Koral. Jest jeszcze kilku mniejszych, którym by to pasowało. Przy moim temperamencie sytuuję siebie w roli doradcy. Niech to będzie, powiedzmy, hetman polny. Udało mi się wielu firmom doradzać już po Unileverze. Pewne rzeczy wprowadzać, pewnych nie, ale królem bym się nie ogłosił. 

Jak pan podsumowuje mijający sezon letni, w Polsce utożsamiany z sezonem lodowym?
Tegoroczny sezon nie różnił się jakoś szczególnie od poprzedniego. Wciąż sprzedaż lodów w Polsce jest silnie uzależniona od pogody, ci, którzy pierwotnie rośli, rosną dalej. Ci, którym wyniki spadały, pozostali na mniej więcej podobnym poziomie.

Jakie nowe zjawiska na rynku pan zaobserwował?
Zdecydowanie ciekawym zjawiskiem jest w Polsce nowy, czwarty segment tej kategorii, czyli multipaki. Od wielu lat firmy próbowały z tym konceptem wejść, ale najwyraźniej jeszcze nie nastał odpowiedni czas. W tym sezonie trend zaznaczył się wyraźniej. W wielu zachodnich krajach ten segment stanowi nawet 20 proc., w Polsce - zaledwie ok. 2 proc. rynku. Widzę w nim duży potencjał. W segmencie trzecim lodów, czyli foodservice'owych, gastronomicznych, również taki potencjał widać. Tu wzrost konsumpcji wiąże się przede wszystkim ze wzrostem zasobności portfeli konsumentów.

Co się zadziało w pierwszym i drugim segmencie? Pierwszy segment to lody impulsowe. Drugi – familijne. Dziś w dyskontach można już kupić litr lodów za cztery złote. Te dwa segmenty cieszą się największym zainteresowaniem, ale pierwszy niezmiennie największym.

Dlaczego?
Daje się zauważyć swoisty paradoks na rynku. Lody impulsowe to kategoria, której nie ima się kryzys. Są utożsamiane z minimalną dawką luksusu, na którą każdy zasługuje. Po lody impulsowe sięgają nawet ci, którzy mają bardzo skromne budżety. Na zasadzie: nowej pary dżinsów nie kupię, samochodu, rzecz jasna, też nie, ale dziecku i sobie loda nie odmówię. Tej minimalnej dawki przyjemności w życiu ludzie sobie odmówić zwyczajnie nie chcą. Segment trzeci z kolei jest silnie uzależniony od zasobności portfela. Przykładem jest chociażby salon Magnum w Złotych Tarasach, który tego lata otworzył Unilever. Można tam wykonać loda według własnego konceptu i projektu, wybrać polewę, posypkę. 15 lat temu byłem jednym z pomysłodawców takiego butiku w Paryżu. Rynek polski wówczas jeszcze nie był gotów na tego typu przedsięwzięcia. Teraz jest.

Na co w takim razie nie jest gotowy polski rynek?
Na to, co mocno zbliża się do kategorii premium, czyli na przykład rynek monoporcji w segmencie trzecim. Na przykład porcja lodów w połówce kokosa czy innego egzotycznego owocu, drogie, wykwintne sorbety z rzadkimi dodatkami.

Powiew nowości jednak się czuje.
I to ma, i będzie miało bezpośredni wpływ na wzrost konsumpcji. W 1990 r. wszedłem w branżę lodową. Założyłem spółkę Domino. Zanim Unilever wszedł do Polski, zajmowałem się importem lodów z zagranicy. Wówczas konsumpcja lodów w Polsce wynosiła 1,9 litra na głowę. Dziś to 4,5 l na głowę rocznie. Myślę, że w ciągu najbliższych 10-15 lat dojedziemy do granicy 6-6,5 l na głowę rocznie. Ma to związek ze wzrostem siły nabywczej i rozwojem rynku multipaków. Dla mnie jako producenta lodów Polska, niestety, znajduje się w strefie, w której lody postrzegane są jako deser. Świat dzieli się na dwie strefy lodowych wpływów. Pierwsza obejmuje te regiony, w których konsumpcja lodów jest wysoka: Rosja, kraje nadbałtyckie, Skandynawia, Irlandia, Islandia, Stany Zjednoczone, Kanada, Australia i Nowa Zelandia. W tych rejonach porcja lodów jest tożsama z porcją mleka, tzw. dairy. Zastępuje różnego innego rodzaju desery, ciasta. Lody są wszechobecne. A Polska, Włochy, Grecja – to kraje o zdecydowanie niższej konsumpcji. Są jedzone głównie latem jako refreshment lub deser.

„Lody dla ochłody”.
W krajach, w których lody traktowane są właśnie w ten sposób, górne pułapy konsumpcji per capita na głowę oscylują wokół 6-8 l. Tam, gdzie lody traktuje się jako dairy – zaczyna się od 9 l, a kończy na 24 l.

Lody są jak prozac. Przynajmniej w amerykańskich filmach.
Albo inna substancja dająca nieopisaną przyjemność. Pamiętam kłopoty pewnego producenta i święte oburzenie branży. W reklamie lodów słychać było odgłosy dobiegające z pokoju jakiejś kobiety, świadczące o nieprawdopodobnym poziomie zadowolenia. Po otwarciu drzwi i podjeździe kamery okazało się, że jednocześnie je lody i ogląda film.

Miłośnicy filmów są też lodożercami.
Nie tylko. Marką, która do maksimum wykorzystuje w swojej komunikacji filmy, jest Ben & Jerry. Obecnie jest ta marka w portfolio Unilevera, zakupił ją w 2000 r.  Miałem okazję nawet kilka razy spotkać się z hippisowymi twórcami tej marki. Twierdzili, że nie zapłacili ani grosza za to, żeby w filmach aktorki pojawiały się z kubełkami ich lodów. Bo ludzie po prostu je kochają.

Product placement darmo? Marzenie każdego marketera.
Absolutnie. Bridget Jones w jednym z filmów powiedziała, że jak ma doła, spotyka się ze swoimi dwoma przyjaciółmi: Benem i Jerrym. A mówi to owinięta w kołdrę i snująca się po domu w piżamie.

Lody są więc synonimem dobrych emocji.
Tylko dobrych. Zawsze mówiłem, że lody sprzedawałyby się jeszcze lepiej, gdyby były nielegalne. Funkcjonowanie branży lodów jest podobne do funkcjonowania rynku narkotyków. Dlaczego tak mówię? Bo i handel narkotykami, i handel lodami wymagają specyficznego supply chain. W lodach musi być specyficzny łańcuch od producenta do ostatniego odbiorcy. O sprawności tego łańcucha decydują ograniczenia w dostawach chłodniczych. Znaczna część biznesu zależy w obu przypadkach od siatki dystrybutorów: małych sklepików, super- i hipermarketów, kiosków.
W przypadku dostaw narkotyków poszczególne ogniwa to dealerzy – a produkt nie może wydostać się poza ten łańcuch. Zarówno jedna, jak i druga rzecz przynoszą odbiorcom zadowolenie. Co prawda to wynikające z narkotyków jest pozorne i krótkotrwałe, ale pierwszy impuls jest zawsze taki sam: zadowolenie.

I zaspokojenie ośrodka przyjemności.
Oddziaływanie na zmysły. Przy narkotykach do głosu dochodzi jeszcze uzależniająca adrenalina, bo to zakazane. A tu – schodzimy do sklepiku po loda.



Ma Pan wieloletnie doświadczenie w branży lodowej. Jak się ten rynek zmieniał w Polsce na tle innych państw europejskich?
Polska jest krajem tradycjonalistów. W tym aspekcie o powodzeniu lodów decyduje to, że są tworzone z mleka. A mleko towarzyszy człowiekowi od urodzenia. Początkowo, tak jak wiele krajów wschodniej i centralnej części Europy czy krajów postkomunistycznych, bazowaliśmy na lodach impulsowych. Nazywały się w zależności od regionu. W Rosju – Łakomka, w Czechach – Miszka. W Polsce – Bambino i Calypso. Były pod względem produkcyjnym trochę produktem ubocznym mleczarni. Starsze pokolenia doskonale wiedzą, jak wyglądały Bambino i Calypso. Kiedy powstała nowa rzeczywistość po 1989 r., wraz z nią zawitały nowe kategorie lodów. Bo przecież familijne jeszcze nie istniały. Z wielkim przekonaniem i dumą mogę powiedzieć, że byłem jednym z pierwszych importerów tych lodów w Polsce z Danii. To były lody Viennetta.

Był hit?
Był. Bo przedtem takich lodów nie było na rynku. Takich, które można było podzielić jak tort, żeby każdy miał swój kawałek. Swego czasu zaznaczył się również trend tortów lodowych w dyskontach w segmencie familijnych: cake and log. Takie kawałki, które się kroi jak tort, a nie wyjmuje łyżką z wanienki. Zaczęły jednak umierać, bo były droższe niż dwu- trzysmakowe. Poza tym w Polsce wciąż jednak panie domu wolały samodzielnie zrobić tort lub ciasto. Na zachodzie kobiety jako decydentki domowego budżetu wolały pójść do sklepu po tort lodowy, a zaoszczędzony czas spędzić z rodziną. W Polsce kobiety wciąż są również cukierniczkami.

Czy na polskim rynku było coś, co blokowało rozwój segmentu familijnego?
Na początku tak i był to problem technologiczny – brak zamrażarek. Stare lodówki miały małe zamrażarki, w których przeważnie mroziło się mięso. W tej chwili na rynku dominuje już to, co na Zachodzie: połowę stanowi lodówka, połowę zamrażarka. Zawsze jest miejsce, żeby jeszcze lody zmieścić. Przechodziłem przez ten etap transformacji dwa razy, bo jeszcze później w Rosji.
W Polsce lody familijne rosły wraz z pojawianiem się siły nabywczej, ale również pojawianiem się większych gabarytowo zamrażarek w domach. W 2008 r. wyjechałem do Rosji. Unilever przejął tam spółkę Inmarko. Obserwowałem ten proces po raz drugi, doświadczając deja vu. Mentalność jest tam inna, dlatego obecne spożycie lodów wynosi w Rosji 4 l, a pójdą w górę do 9, bo w tej części świata to synonim mleka, a nie deseru.

Co pan postrzega jako swój sukces w branży?
Pracowałem dla Unilevera w Rosji, we Francji, na Ukrainie, w Polsce i w krajach bałtyckich. W Polsce odnotowałem swój największy sukces. Kiedy zamówiłem któregoś dnia jako Domino następną dostawę lodów Viennetta, dowiedziałem się z firmy Frisco z Danii, że następną dostawę lodów mogę sobie załatwić z firmy Algida w Warszawie. Młody był człowiek i głupi. Złapałem dokument, który miał potwierdzać bycie ekskluzywnym dystrybutorem tej marki produktów Frisco na Polskę. Wziąłem ze sobą adwokata i postanowiłem rozprawić się z Unileverem. Na widok ich biurowca nogi mi zmiękły. Jak tylko przestąpiłem próg, dowiedziałem się, że Frisco to jest taka Algida należąca do Unilevera, tyle że w Danii. I że nie mam żadnych nadzwyczajnych praw, bo to jest ta sama firma. Unilever zachował się bardzo w porządku, bo zaproponował mi pracę. W 1993 r., w drugim roku operacyjnym Algidy w Polsce, prawie 300 osób w firmie sprzedawało prawie tyle lodów, co ja przy pomocy jeszcze jednej osoby rok wcześniej z Frisco. Firma zaczęła ze mną rozmawiać i słuchać mnie. Otwierałem oddziały, pełniłem różne funkcje w regionach, razem z moimi kolegami wstawiłem do polskich sklepów ponad 40 tys. zamrażarek, co wówczas było niesamowite.

Jak się sprzedawały lody Algidy?
Średnio – takie jak Magnum, Cornetto, Banana Split. W 1995 r. przyszedł do firmy nowy człowiek, powołał mnie na dyrektora sprzedaży, usiadł ze mną i mówi: "Włodek, dlaczego te lody się nie sprzedają? W Belgii się sprzedają, w Niemczech się sprzedają, a tu nie". Wtedy powiedziałem mu, że lodów w Polsce są trzy rodzaje: Bambino, Calypso i te, które pojawiły się w trójkolorze w kształcie kostki masła w Łodzi w latach 70., czyli Familijne. Ludzie całe życie takie jedli. A teraz lody z lodówki Algidy nie przypominają ich w niczym: ani wyglądem, ani smakiem. Położyłem przed nim kartkę, na której narysowałem te trzy lody, które obowiązywały na rynku od 40 lat. Z tych trzech rodzajów lodów zrobiliśmy jednego: w kształcie kostki masła jak Calypso, na patyku jak Bambino i w trzech kolorach jak Familijne. Nazwaliśmy to Big Trio. Jak tylko go wprowadziliśmy, od razu był sukces. Potem zaczęliśmy się zastanawiać, co jeszcze można zaproponować konsumentom. Jeden lód - jeden smak i tak powstał Big Milk, bo ulubiony w Polsce smak to śmietankowo-waniliowy.

Został pan ojcem Big Milka.
Na to wyszło. A potem był Big Bambi, czyli takie Bambino na patyku. Dzięki temu dziś Big Milk jest ikoną lodów dla młodego pokolenia. Już nie Bambino, bo młodzi ich nie pamiętają.
Ale w każdym kraju istnieje jakaś ikona loda.

Jak to wygląda za granicą?
W Rosji, w krajach postsowieckich to będzie stakańczyk, czyli lód w waflu z prostym dnem. W Polsce mówimy na to kubeczek amerykański, we Włoszech rożek. W Anglii, czy Stanach - popsicle. W Polsce było Bambino i Calypso, a teraz jest Big Milk.

Mówiliśmy o pokoleniach, różnicach w wyborach. W branży na tapecie niezmiennie od miesięcy milenialsi, czyli pokolenie wyczulone na fałsz, hasła fair trade i otwarte na nowości. Czy to oni podyktują trendy na rynku lodów również? Czego będą poszukiwali? Może ekstremów – wybuchów w ustach?
Jestem również doradcą w firmie Ernst & Young. Firma opublikowała niedawno cały raport na temat tego pokolenia. To złożone pytanie, bo tak naprawdę nie wiemy, co nas czeka. Przeżyłem już kilka różnych mód pokoleniowych. Jednego jestem pewne pod względem niezmienności: smaki. Można co prawda na rynku zaobserwować jakieś kilkuprocentowe wahnięcia, ale 75 proc. smaków lodów to śmietanka/wanilia, truskawka i czekolada. Wszystko inne - owszem, trzeba mieć. W superlodziarniach są lody buraczane, z koperkiem i ogórkiem, o smaku przypalonego boczku. Bardzo fajnie. Nawet jest szansa, że ktoś kupi kulkę o smaku wędzonego sera. Można sprzedawać 60 smaków i słynąć z tego, ale pieniądze generują te trzy najpopularniejsze. Zresztą, smak śmietankowo-waniliowy to podstawa shake'ów, ciastek i jest najbliżej kategorii dairy. Nowe pokolenie jest przychylne nowościom, nie ma tych ograniczeń, co poprzednie pokolenia, podróżuje, na własne oczy widzi w internecie, jak wygląda druga strona globu. To, co jeszcze jest pewnikiem, to ogólne trendy światowe. Wszystko, co chemiczne, sztuczne, z ulepszaczami – jest passe. Kiedy po 15 latach pracy w Unileverze zagranicą przyjechałem do Polski, w Lidlu czy Biedronce na cały sklep były może 2-3 sztuki produktów ekologicznych. Minęły zaledwie cztery lata i półka w dyskontach rozszerzyła się już do całej ściany nieraz. Ludzie są ograniczeni i byli ograniczeni swoją siłą nabywczą. Ale jest w nas ciągła tęsknota do rzeczy dobrych, smacznych i naturalnych.

Tyle że to, co naturalne i smaczne, kosztuje.
Zgadza się. Rodziny ze słabszą siła nabywczą nie kupują tych lodów na 1,99 zł, bo im smakują, tylko dlatego, że na nie mogą sobie pozwolić. Minimum luksusu u nich sprowadza się do aktu kupienia loda. Gdyby mieli wybór, wybraliby lepszy w smaku, naturalny, a tym samym droższy. Na prawdziwym mleku, na prawdziwym tłuszczu.

Unilever to przecież jednak lody przemysłowe.
W jakimś sensie miałem wpływ na proces popularyzacji tych lodów. Czyli pomagałem wprowadzać na rynek lody z dużą ilością tłuszczów roślinnych, które zabijają smak lodów. Dla mnie przykładem krajów, w których potwierdza się teza, że lepsze jest to, co naturalne, są Stany i Skandynawia na przykład – tam sprzedaje się to, co naturalne i zdrowe. W tym kierunku należałoby zmierzać. Nie możemy dawać się przyskrzyniać retailerom, że litr lodów ma być na półce za 3 zł. Owszem, takie lody można zrobić, ba, zarobić jeszcze na tym, ale to lody zrobione z byle czego. Jakoś tak jest, że ludzie rozumieją, że paczka masła kosztuje 3 zł, bo musi tyle kosztować. A jeśli taka sama gramatura loda z naturalnych składników kosztuje 9 zł, a są w nim jeszcze owoce i orzechy, to już ludzie nie rozumieją, jakim prawem to kosztuje 9 zł.

Czyli poszedł pan do spowiedzi, wyznał, że promował lody przemysłowe i w ramach pokuty założył firmę w duchu slow.
Pura Vida powstała dwa lata temu na rynku estońskim.

Pomysł  polski, spółka produkuje w Estonii, a mleko sprowadza z Finlandii. Multi-kulti.
Chcielibyśmy produkować w Polsce, ale na razie jest to trudne z różnych względów. Po przede wszystkim niewielu producentów w Polsce na razie ma certyfikaty ekologiczne. W Finlandii i Estonii one są powszechne. Druga rzecz, która jest bardzo istotna, która będzie inspiracją być może dla polskiego rządu - w Estonii firmę zakłada się w pół godziny. Przed komputerem, po angielsku, podatek jest liniowy i wszystko wydaje się jakieś prostsze. W Polsce idzie wszystko ku lepszemu, ale za wolno. Z punktu widzenia operacyjnego właśnie tam jest nam łatwiej. Kraje skandynawskie i okolice charakteryzują się wręcz nabożnym stosunkiem do lodów. Są synonimem dobrej jakości jedzenia. Dlatego mleko ściągamy z ekologicznych fińskich farm, gdzie gra muzyka Mozarta, a krowy są masowane przed dojeniem. W krajach skandynawskich fińskie produkty mleczne są wszechobecne. Nawet do ubogiej Rosji, dopóki nie było embarga, nuworysze i bogacze ściągali fińskie produkty. Zatem trzy elementy: łatwość w działaniu, prowadzeniu firmy, tradycja i jakość fińskiego mleka zdecydowały o lokalizacji biznesu. Do tego dochodzi moje doświadczenie. Byłem general managerem dla Unilevera na kraje bałtyckie przez 7 lat, znam te tereny, mam tam mnóstwo znajomych, wiedziałem, kto jest najlepszym technologiem od lodów w tym regionie, więc łatwiej było to zrobić. Rozważam oczywiście coś takiego, że lody mogłyby być produkowane z mleka mazurskiego czy podlaskiego. Mamy fantastyczne tradycje rolnicze, ale łańcuch dostaw musimy jeszcze dopracować. Mleko w Polsce jest przecież trzy razy tańsze niż to z Finlandii.

Myślimy Finlandia – widzimy Nokię. A przecież do XX w. Finlandia była jednym z najbardziej zacofanych krajów w Europie.
Zgadza się. To się zmieniło dzięki edukacji. Polsce tego też bardzo życzę – to szybko zwracająca się inwestycja. W Estonii zaczęliśmy sprzedaż rok wcześniej niż w Polsce. W związku z tym, że to lokalny producent, mieliśmy jeszcze dodatkowe ułatwienia listowania naszych produktów. Tam radzimy sobie całkiem dobrze, choć rynek jest mocno skonsolidowany, nie tak rozdrobniony. W Polsce prym wiedzie Algida. Rynek estoński jest podzielony na trzech głównych graczy, ale lodów naturalnych jest dużo więcej niż u nas. W naszej komunikacji w Estonii poszliśmy jeszcze innym tropem. Nie tylko podkreślamy wysoką jakość i naturalność składników. Przede wszystkim dajemy ludziom pracę. Lody pakujemy, oprócz tych familijnych, ręcznie w opakowania biodegradowalne. To jest nawet bardziej doceniane przez Finów niż przez Estończyków. W Polsce z kolei jest to kojarzone z "babomatem", czyli słabą jakością.

Słusznie?
Bzdura. W wielu krajach bardzo docenia się pracę ludzkich rąk. W świecie zautomatyzowanym coraz większą estymą cieszą się manufaktury. W Polsce jeszcze nie zawsze. Owszem, nowe technologie są szalenie ważne: grafen, nowoczesne leki, sprzęt do operacji. Ale musimy też znaleźć polski odpowiednik pojęcia „slow”. Bo spokój duszy potrzebny jest bez względu na czas historyczny. Jedzenie jest pierwszą i naturalną rzeczą, która będzie gwarantem harmonii. Niech świat wariuje, ale to, co poświęcamy naszej rodzinie, czyli czas, i to, co przeznaczamy dla siebie, czyli wysokiej jakości posiłek – powinny stanowić podstawę. Jedni spędzą godzinę na siłowni, bo to dla nich, a zjedzą batonik energetyczny, bo szybciej będzie. Nie trzeba by go było jeść, gdyby reszta naszej diety nie opierała się na pochłanianiu jedzenia w biegu.

"Pura Vida" to nazwa nawiązująca do ruchu slow. Pierwsze skojarzenie przywodzi na myśl „czyste życie”, ale zdaje się, że to również pozdrowienie?
Kocham podróże. Moja rodzina również. Jedna z najfajniejszych, jaka mi się wydarzyła, była zainicjowana przez mojego przyjaciela Pawła Kwiatkowskiego. To urodzony podróżnik i pomaga mi w pracy w Pura Vida, pracowałem z nim w Unileverze, wprowadzał w Polsce na rynek Nespresso. Wspólnie wybraliśmy się na Kostarykę. Byłem zachwycony tym krajem. To Szwajcaria Ameryki Łacińskiej. Od lat 50. nie ma armii, czyli odpada duże obciążenie budżetu krajowego.
Co ciekawe, bo Kostarykę otaczają niespokojne kraje, jak Gwatemala i Nikaragua. W zamian za oszczędzenie na armii obrano dwa cele: jeden to edukacja, jak w Finlandii. Byłem w wielu krajach Ameryki Łacińskiej i widać różnicę. Drugi filar to ochrona środowiska i wspieranie dóbr naturalnych. To kraj z największą liczbą parków narodowych na kilometr kwadratowy.
Zanim pojechałem tam, zachwyciłem się analizą firmy Happy Planet Index. Raport pokazuje stan zadowolenia obywateli krajów na świecie, biorąc pod uwagę różne schematy, ale bez elementu PKB na mieszkańca, czyli siły nabywczej. Jeśli brać pod uwagę wynagrodzenie, to najszczęśliwszymi mieszkańcami na świecie są Norwegowie i Szwajcarzy. Jeśli odstawimy ten czynnik na bok, a weźmiemy pod uwagę inne czynniki, jak edukacja, ochrona środowiska i ochrona zdrowia, Kostaryka jest zawsze numerem jeden. Jest taka książka Arkadego Fidlera „Gujana. Spotkałem szczęśliwych Indian”. Na Kostaryce spotkałem szczęśliwych ludzi. Dumnych ze swojego kraju, radosnych, otwartych, pokazujących turystom z zachwytem swoje parki naturalne.

Wymarzona destynacja dla któregoś z naszych ministrów środowiska.
Kostarykanie, czyli Ticos, mawiają „pura vida”. Używają tego na określenie pory dnia, na powitanie, pożegnanie, kiedy coś im smakuje, pozdrawiając ładną dziewczynę. Tak mi się to dobrze kojarzyło, że zdecydowałem, że odniosę to do określenia tego, co dobre, wysokiej jakości, smaczne i przyjemne. Nie mamy dużego udziału w rynku, ale w niektórych sieciach lody sprzedają się błyskawicznie. W Piotrze i Pawle na przykład w części premium sprzedajemy się jako jedna z najlepszych marek.

W państwa portfolio są lody z czystego mleka, bez GMO, jest też wariant bezglutenowy. A co by pan powiedział na wafelek bezglutenowy, lody z mleka bez laktozy, z dodatkiem nasion goi albo chia, zieloną herbatą i amarantusem?
Chcemy konsekwentnie wprowadzać kolejne zdrowe dodatki do naszych produktów – mamy już na przykład dodatek w postaci miodu z gór Ałtaju. Tyle że nasz główny komunikat mówi o tym, że jesteśmy naturalni, a mleko bez laktozy jest w jakimś stopniu obrobione. Wprowadzenie takiego "combo" byłoby wymierzone w DNA marki. Na razie nie mogę sobie na to pozwolić. W planach mamy sorbety. A poza tym muszę być uczciwy i przyznać, że nie mamy kwalifikacji do produkcji tak zaawansowanych technologicznie lodów. Te na soi i ryżu wymagają specyficznej linii produkcyjnej. Na pewno znajdują swoich odbiorców na rynku, ale na razie innym zostawiam to do obrobienia innym. Zainteresowanie lodami na tofu i innych jest znikome – jak wynika z moich obserwacji.

Ile w sumie państwo osób zatrudniają?
W sumie 35 osób w Estonii i kilka w Polsce. To mała manufaktura, sprzedajemy w Estonii, na Litwie, na Łotwie, trochę w Finlandii, w Niemczech. Produkujemy kilka ton dziennie. Opakowania inne niż standardowe zrobiła firma Agana Studio z Poznania. Są fantastyczni. Właściciel tej firmy jest z wykształcenia historykiem sztuki. Tak jak ja.

Czego panu życzyć na kolejny sezon?
Biznesowo to zaufania ze strony dystrybutorów. Niedługo wyjdzie książka polskiego profesora i znawcy rynku Jana Fazlagicia, który wyliczył, że co roku polski biznes traci 280 mld zł ze względu na brak zaufania! Czyli wtedy, kiedy siedzący naprzeciwko drugiej osoby co drugi biznesmen myśli: "on chce mnie wyrolować". Wówczas do biznesu nie dochodzi.
Mam z dystrybutorami kłopot, żeby ich przekonać do swoich produktów. One nie rotują jak Big Milk, ale są ”z innej półki”. W przyszłym roku życzę sobie więcej odbiorców wśród dystrybutorów. Bo w siatce lodowej królem jest dystrybutor. A prywatnie? Jestem szczęśliwym człowiekiem. Niech to trwa.

Katarzyna Woźniak 296 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.