Dziewczyna z rzeką w tle

"Bura i szał" Aleksandry Zielińskiej wbija w fotel. Debiutująca "Przypadkiem Alicji" autorka udowadnia, że wśród młodych prozaików jej znakiem szczególnym jest wysmakowana, mroczna fabularna wirtuozeria.


Bura jest szalona. Żeby móc studiować i sprawiać pozory normalnego funkcjonowania, musi łykać trujący lit i leki wyciszające. Prześladują ją uporczywe rymowanki, liczba 17, obrazy sów, zapamiętanych głosów, rzeka zdaje się ją do siebie wołać wyraźnym głosem, którego nikt inny nie rozumie. Ciurkiem z jej głowy ucieka rozum. Wychudzona, po długiej podróży pieszo wraca do rodzinnej wsi, gdzie siostra i szwagier witają ją niechętnie, a jej pojawienie się odczytują jako zły omen. Przybycie Bury, której prawdziwego imienia nie pamiętają nawet domownicy, zapowiadają silne wiatry, deszcze, niewyjaśnione zjawiska pogodowe, mniejsze i większe nieszczęścia. Bura nazywa siebie „lalką niedużą”, ale kryje się w niej siła czterech żywiołów i wkrótce sama dla siebie stanie się lekarstwem. Jej pseudonim wcale nie odnosi się do koloru włosów. Z czasem dziewczyna odkryje, że skrywane złość i żal potrafi zamienić w niszczącą siłę, która porywa statki, strąca liście z drzew i rozbija ptaki o szyby okien.
Rodzina przerzuca Burę między sobą jak gorący kartofel, nikt dłużej nie chce jej przy sobie zatrzymać, nie potrafi jej słuchać, nie chce usłyszeć. Dziewczyna staje się wszędzie kozłem ofiarnym, synonimem zła i nieszczęścia. Pierwszym, który okazał jej odrobinę uwagi, jest terapeuta M., o którym Bura mówi gorzko i całkiem przytomnie: "często tak jest, że pogardzane zwierzęta śmiertelnie przywiązują się do ręki, która jako pierwsza nie biła, ale pogłaskała. Co z tego, że za pieniądze."    
Z plątaniny obrazów, mglistych jak plamy Rorschacha wyłania się mroczna tajemnica z przeszłości, w której znalazł początek domniemanej choroby dziewczyny.   

Tak jak w "Przypadku Alicji” - jednym z bohaterów jest Kraków – mroczny, męczący, nieczuły i frenetyczny. Pozbawiony romantycznego nimbu znanego z telewizyjnych kadrów i turystycznych pocztówek. Przez odpychające, ciężkie od smogu miasto brną niewidzący siebie mieszkańcy, samotni przechodnie, zaślepieni marketingowym nimbem turyści, o których obija się Bura.
W powieści Zielińskiej choruje nie tylko ona. Jej jednostka chorobowa zdaje się wręcz dobrze rokować w porównaniu z tym, na co cierpią jej rodzina i mieszkańcy wsi dalekiej od idyllicznych wizerunków przychylnego człowiekowi sioła. Pod dachami domostw kryją się pilnie strzeżone rodzinne sekrety, tłumi się złość, agresję, pretensje, niewypowiedziane żale i pielęgnuje grzechy zaniechań. W mieście zataja się ze wstydem swoje wiejskie pochodzenie, pielęgnuje pozory, poleruje zaśniedziałą powłokę pozy. Kolejne rodziny są jak trudny przypadek dla diagnosty – niepozorne z zewnątrz, od środka trawione podstępną chorobą o nieznanej etiologii. Paradoksalnie to, co oficjalnie przez medycynę okrzyknięte zaburzonym, przy bliższym poznaniu okazuje się względnie zdrowe, choć ranne.  
Warstwa narracyjna powieści zdaje się oddychać, drżeć i pulsować w rytm mimowolnie przywoływanych obrazów. Czytelnik przedziera się przez wytwory wyobraźni Bury, jej językowe tiki, powracające uporczywie sowy, ćmy, zmiażdżone skorupki jajek, symbole zagrożenia i zaprzepaszczonego życia. Do ostatnich zdań powieści staramy się rozwikłać wielowarstwową, przez lata tuszowaną historię nagłych zaginięć, dziecięcych śmierci, przyczyn zbiorowego strachu i wiejsko-miejskich szeptów.
 
Konstrukcja powieści jest karkołomna: pełna nieoczekiwanych zwrotów, flashbacków, przerażających obrazów z pamięci pomieszanych z projekcją wyobraźni. Zielińska jest fabularnym wirtuozem, wymagającą architektką i czarownicą narracji. Achronologiczna, fragmentaryczna narracja utrudniają odtworzenie wydarzeń z dzieciństwa głównej bohaterki, sieją atmosferę podejrzliwości, zagubienia i porzucenia. Im bardziej fabuła nas w sobie zapętla, tym trudniej wyłuskać z niej rozróżnienie tego, co prawdziwe, od tego, co pozostaje projekcją.
Oniryczne wizje, frenetyzm, nieprawdopodobna gęstość i duszność atmosfery, którą Zielińska buduje konsekwentnie i bezlitośnie dla czytelnika – wciągają jak wiry rzeczne. Trudno się od tej książki odkleić, a dokładnie – wyrwać z jej objęć. Niełatwo również po jej lekturze się otrząsnąć. Rachunek sumienia czytelnika na pewno do przyjemnych nie należy, ale składanie poszczególnych obrazów w fabularną całość to jak misterne zbieranie kolejnych części trudnej układanki. Mozolne, ale satysfakcjonujące.

Cielesna, mocna, hipnotyzująca mrokiem powieść. Świetne literackie studium szaleństwa pojedynczego i rachunek zbiorowy dla tych, co jeszcze niezdiagnozowani.    

Aleksandra Zielińska, "Bura i szał", WAB, Warszawa 2016.

Katarzyna Woźniak 323 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.