Kiedy konsument staje się kreatorem

"Creative control" to film przestroga przed cywilizacyjnym odurzeniem technologią. Dotkliwa w wymowie czarna komedia jest niemal "szyta na miarę" potrzeb pracowników branży kreatywnej.


Na amerykański rynek trafia Augumenta – produkt przypominający Google Glass, przetwarzający rzeczywistość i poszerzający ją na przykład o możliwość stworzenia awatara. Przetarg na obsługę strategiczno-komunikacyjną wygrywa agencja reklamowa, której jednym z operacyjnych mózgów jest David (w tej roli sam reżyser). Wyrabia kilkaset procent normy w agencji, a naładowany kokainą, antydepresantami i alkoholem próbuje uśmierzyć ból nieznośnego związku z joginką Juliettą. W agencji łypie na Sophie – dziewczynę swojego kumpla fotografa Wima. Za pomocą Augumenty w ramach testów i celem uśmierzenia bólu istnienia skanuje Sophie i tworzy jej awatar. Wkrótce marnie skończy – zaplątany pomiędzy jawą a technologicznym snem.

Film Benjamina Dickinsona to futurystyczna wizja, ale skonstruowana tak, że natychmiast w nią wsiąkamy i zaskakująco szybko się w niej odnajdujemy. Pracownicy agencji sprawnie poruszają się w świecie technogadżetów: ich telefony wyglądają jak szklane płytki, podobnie ekrany komputerów i wnętrza sal konferencyjnych. Nawet Julietta na macie robi „powitanie słońca”, skłaniając głowę ku telefonowi. Na rzeczywistość nałożony jest interfejs, więc podczas rozmowy z człowiekiem na ulicy można jednocześnie go skanować, odpisywać na wiadomości i kompletować dokumenty przetargowe. Im dalej w technologiczny gąszcz, tym trudniej nam się na co dzień dogadać i nawzajem się zobaczyć. Nie sposób również nadać problemom rangę – szczególnie mając mózg oszołomiony alprazolamem i alkaloidem. To, co niezmienne, to potrzeby zaspokojenia popędów, udręka współpracy z klientem na planie spotu reklamowego, korporacyjne frustracje i uzależnienie od pozornej sprawczości w zamian za bezpieczną sumę na koncie.  
Ikoniczną sceną z filmu staje się ta, w której David jednocześnie zalewany jest wiadomościami tekstowymi od współpracowników i dziewczyny, prowadzi wideokonferencję z ambasadorem marki i animuje awatara Sophie. Jest w tej scenie coś porażająco znajomego i prawdopodobnego - w czasie rzeczywistym na Davida przypuszcza atak rzeczywistość alternatywna, w którą jest zanurzony ciałem i świadomością. My jesteśmy jeszcze w większości uzależnieni od ekranów, które w każdej chwili można wyłączyć. Jeśli oczywiście ma się w sobie tę siłę.   

Film zrealizowany z biglem – i w warstwie formalnej, i ideologicznej. Każda z postaci na ekranie uosabia szczególny rodzaj światopoglądowego zakleszczenia. Na przykład Julietta, która leczy stany depresyjne jogą, recytuje hasła New Age, a podczas kolacji, na którą podaje potrawkę z dragon fruit rozpacza w obecności korpochłopaka nad udręką dzieci pracujących w kopalniach w Afryce. Albo jogin Govindas, prawiący o cudownym zespoleniu człowieka ze światową jednią, po zajęciach regularnie sypia z kolejnymi joginkami. Wim z kolei to klasyczny hedonista i esteta – fotograf mody w filmie Dickinsona to stan umysłu. Nad każdą historią unosi się nowoczesny nimb nieograniczonych możliwości technologicznych i wizja marketingu, w którym konsument staje się kreatorem.  
Niesamowite wrażenie robi w filmie muzyka. Zderzenie klasycznych tuzów – monumentalnego Bacha, uduchowionego Vivaldiego, ironicznego Mozarta czy dostojnego Haendla z muzyką klubową brzmi w warstwie semantycznej jak łoskot i continuum jednocześnie. Z kolei czarno-biała warstwa wizualna jest zarówno metaforą korporutyny, binarnych emocji, jak i niebezpieczeństwa korzystania z technologicznych uproszczeń bez opamiętania.   

Przy całym naładowaniu filmu metaforami ludzkiego istnienia, nieuchronnego zmierzania ku katastrofie i zawrotnego tempa technotanga – film nie traci lekkości i zabawności. Jest rodzajem czarnej komedii, którą ogląda się z rozbawieniem (świetne dialogi, doskonały obraz korporacyjnego rozkładu sił) i rosnącym wewnętrznym dyskomfortem, bo mamy wrażenie, że to nie futurystyczna wizja, a proroctwo – i to dotyczące niedalekiej wszakże przyszłości.

To również film o tym, że jeśli coś ludzkość wykończy, to światopoglądowe skrajności. Wyparcie (się) rzeczywistości. Do rangi oznak pocieszenia urastają w takiej sytuacji wciąż jeszcze wykonywane proste czynności: jedzenie ostryg, mycie zębów mechaniczną szczoteczką, palenie papierosów i widok koparki na ulicy. Lekkie, inteligentne, efektowne kino bez pompy i przerysowań. O te ostatnie ludzkość sama się zatroszczy.   

„Creative Control”, scen. i reż. Benjamin Dickinson, wyst.: Benjamin Dickinson, Nora Zehetner, Dan Gill, Alexia Rasmussen, Reggie Watts, Paul Manza, Gavin McInnes, Jake Lodwick. Polska premiera: 2 grudnia 2016

Katarzyna Woźniak 225 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.