Internet z gwarancją kultury [wywiad]

O decyzji o rozstaniu z TVP, kondycji zawodu dziennikarza i zmianach w mediach internetowych rozmawiamy z Katarzyną Janowską, dyrektor wydawnicza i redaktor naczelna w dziale Kultury Grupy Onet-RAS Polska, była dyrektor TVP Kultura.

MMP: Czy tęskni pani za TVP Kultura? Żałuje pani rozstania z tą stacją?

Katarzyna Janowska: Niedawno znajoma składała mi życzenie i zakończyła je zdaniem „Ale tej TVP Kultury to bardzo żal”. Dało mi to do myślenia, bo ja zamknęłam ten etap. Zamknęłam szybko, by móc robić rzeczy nowe, w nowym medium. Teraz nie oglądam TVP Kultura. Gdy pierwszy raz odeszłam z telewizji, za pierwszego rządu PiS, to nie oglądałam TVP Kultury przez 3 lata. Zobaczymy, jak będzie tym razem. 
Telewizji, którą współtworzyłam, już nie ma, dlatego nie żałuję. Ale oczywiście to był dla mnie zawodowo wspaniały czas. Współtworzyliśmy projekty zdecydowanie wykraczające poza ekran telewizyjny. Wspomnę tylko niektóre: Festiwal Filmowy w Gdyni, Międzynarodowy Konkurs Chopinowski, współpraca z telewizją Arte, nagrody Gwarancje Kultury, praca nad marką TVP Kultura, współuczestnictwo w promocji polskiej sztuki za granicą. Przyznaliśmy nagrodę naszej stacji Peterowi Gelbowi, dyrektorowi Metropolitan Opery, za promowanie polskich artystów, gdy Mariusz Treliński i Boris Kudlička zaczynali swoją przygodę z nowojorską sceną. Dziś mają na koncie wspaniałe otwarcie sezonu operowego w MET i operę światową u stóp. A w gabinecie Gelba, jak mówią mi znajomi, wciąż stoi telewizorek TVP Kultura, czyli nasza Gwarancja Kultury. Nagrodzony przez nas Martinowi Scorsese, nagrał wspaniałe podziękowanie, w którym podkreślał wagę polskiego kina, nazywał „Popiół i diament” jednym z najlepszych filmów świata. W pierwszym rzędzie na naszej uroczystości siedział Andrzej Wajda. To był wzruszający moment. Dla takich chwil warto było przenosić góry różnych trudności. Niestety, nowa dyrekcja TVP Kultura pierwszy raz od 10 lat nie przyznała nagród. A może to i lepiej? 
 
TVP Kultura miała bardzo przemyślaną strategię. Nie żal było tego zostawić? 
 
W sensie zawodowym nie żałuję, że dziś nie jestem częścią zespołu TVP Kultura. To dziś zupełnie inna telewizja. Nie chcę oceniać, ale wyraźnie widzę kompletnie inny pomysł na ten kanał i w ogóle na media publiczne. Choć zaznaczę, że grzech zaniechania wobec TVP popełniały wszystkie ekipy przez ostatnie 25 lat. Teraz PiS wykorzystał te zaniedbania. 
W TVP Kulturze miałam absolutną wolność. Naprawdę robiłam wraz ze współpracownikami autorski kanał. Teraz TVP scentralizowano. Szefowie anten zostali zmarginalizowani. Bardzo trudno byłoby mi się zmieścić w takiej strukturze.
 
Dla wielu widzów, nawet niekoniecznie melomanów, wyznacznikiem jakości TVP Kultura były programy związane z ostatnim Międzynarodowym Konkursem Chopinowskim.
 
Muszę podkreślić ogromną rolę Roberta Kamyka, szefa redakcji muzycznej, który czuwał nad całością naszych działań w ramach konkursu. Pytał pan, czy żal mi TVP Kultura? Żal mi fachowców, którzy tam zostali, a teraz z tygodnia na tydzień odchodzą. To są ludzie z unikatowymi umiejętnościami i pasjami, pracujący z pełnym oddaniem na rzecz kultury. Boję się, że rynek nie będzie umiał wykorzystać ich potencjału. Wielkie, medialne przedsięwzięcia poświęcone kulturze są do zrealizowania tylko przez media publiczne. Przy okazji Konkursu Chopinowskiego doceniłam rolę internetu i mediów społecznościowych. Może to już było przygotowanie do pracy w Onecie? Kto wie? W ogóle rok 2015 kończył się dla mnie wspaniale. Dostaliśmy kilka ważnych nagród, m.in Grand Press dla najlepszego programu publicystycznego, drugie miejsce w konkursie na dziennikarza roku. I jak to zwykle w moim życiu zawodowym bywa wtedy akurat trzeba odejść.
 
Jak dziś z rocznej perspektywy ocenia pani decyzję o rozstaniu z TVP?
 
Odeszłam w sylwestra 2015. To był dziwny moment w historii mediów publicznych. Gorączkowa praca nowej władzy nad zmianami ustawowymi, które miały umożliwić wymianę kadr, m.in. z dyrektorami Jedynki i Dwójki – Piotrem Radziszewskim i Jerzym Kapuścińskim. Powiem szczerze – do końca biłam się z myślami, czy odejść. Ale uznałam, że lepiej dla zespołu będzie, jeśli poddam się bez walki. ŚP Janina Paradowska zapytała mnie wtedy: Dlaczego kapitan schodzi z okrętu pierwszy? Odpowiadałam, że w tym wypadku nie chodzi o zatopienie okrętu, ale kapitana. Statek TVP Kultura zostawiłam w dobrej kondycji programowej i personalnej. Miałam poczucie, że moje odejście ocali zespół. Pierwsze przesunięcia zaczęły się dość szybko, ale zwolnienia dopiero pół roku później.  Kto pracował w telewizji, ten wie, że ludzie na Woronicza mają zdolność dostosowywania się do nowej rzeczywistości. Nie chciałam tego oglądać w swoim zespole. Wolę mieć w pamięci obraz profesjonalistów, a nie konformistów. 
 
Mówi dziś pani o tym bez emocji.
 
Rok 2016 był dla mnie bardzo trudny. Ale staram się nie budować w sobie resentymentów. Początkowo działałam jak w malignie, nie bardzo wiedząc, co się wydarzyło. Emocje były ogromne. Także pozytywne. Mnóstwo wpierających wiadomości od widzów TVP Kultura. Na gali inaugurującej Wrocław Europejską Stolicę Kultury otrzymałam długą owację od publiczności w Narodowym Forum Muzyki. Przypomnę, że to była ta sama gala, na której wygwizdano ministra Glińskiego.
 
Kiedy pojawiły się propozycje pracy z internetu?
 
Dwa tygodnie po odejściu z TVP dostałam telefon z Onetu. 
 
Od razu się pani zdecydowała?
 
Nie. Wahałam się trzy miesiące. Przekonał mnie Aleksander Kutela, prezes Onetu. Znaliśmy się z Festiwalu Filmowego w Gdyni, gdy on był jeszcze szefem HBO Polska. Kutela mówił, że czeka nas rewolucja w internecie i że mam szansę być w jej awangardzie. Przedstawił zarys nowej strategii Onetu. Kutela zaryzykował i ściągnął Tomasza Lisa, który znacząco przyczynił się do wypromowania programów wideo w Onecie. Potem dochodzili kolejni dziennikarze z dużym dorobkiem i doświadczeniem. Onet postawił na jakościowe dziennikarstwo, a ja postawiłam na coś całkiem nowego. Podlega mi kultura w Onecie, w tym Onet Kultura, Onet Film, Onet Muzyka oraz projekty wideo związane z kulturą.
 
Szef Onetu okazał się prorokiem, bo w ciągu ostatniego roku z mediami publicznymi niemal masowo rozstawali się dziennikarze i inni profesjonaliści. I to był dobry moment, by ich zaprosić do projektu internetowego. 
 
Aleksander Kutela i Edyta Sadowska, której bezpośrednio podlegam, wiedzieli, co robią, do czego i w jakim momencie się przygotowują. Wszystko było przemyślane. 
 
A co była dla pani największym zaskoczeniem, gdy przeszła pani do Onetu?

Pozytywnym zaskoczeniem i impulsem do działania były i są dla mnie zasięgi. W TVP Kultura przy dużych projektach mieliśmy 100-tysięczną publiczność. Tutaj mamy kilka milionów. Pierwsza debatę, którą prowadziłam w Onecie, o kinie narodowym, prosta formuła czwórka gości i prowadząca, obejrzało 2,5 mln osób. W TVP Kultura trzeba by nad tym pracować kilka lat. Dostałam narzędzie masowego rażenia do opowiadania o kulturze. Onet Muzyka i Onet Film to liderzy rynku. To jest dopiero wyzwanie: opowiadać o kulturze milionom odbiorców. W ciągu ostatnich trzech miesięcy w naszym magazynie „O! Kultura” na topie były teksty o Jerzym Giedroyciu i Julii Hartwig. W czołówce są wywiady z Wojciechem Tochmanem czy Edwardem Dwurnikiem. Internauci licznie czytają recenzje listów Szymborskiej i Filipowicza czy nowego tomiku Świetlickiego. Wydawać się mogło, że to nazwiska, które w internecie powinny przepaść, a jest wręcz przeciwnie.  Oczywiście jest mocno obecna kultura popularna. Nie przestawiliśmy wajchy w drugą stronę. Ale nie musimy przemycać treści poważniejszych. Idą na równych prawach z tymi o kulturze popularnej. Dużo ludzi zraża się do zideologizowanych mediów publicznych. Dlatego odbiorców ambitnych treści jest dziś więcej niż przed rokiem. A będzie jeszcze więcej. Oczywiście nie jest to jedyny czynnik warunkujący zmianę. Rok 2016 pokazał, że rewolucja w polskim internecie przebiega szybciej niż nam się zdawało. Dziś internet ma wielu wybitnych autorów i jest traktowany na równi z jakościowymi mediami. I to akurat jest naprawdę dobra zmiana.
 
Ma pani bogate doświadczenie w mediach tradycyjnych, w prasie i telewizji. Czy łatwo było pani przestawić się na internet?
 
Robię sobie teraz takie ćwiczenie - czytam teksty tylko w internecie. Próbuję się przeprogramować, bo to teraz jest mój świat. Sprawdzam, jakie informacje i w jaki sposób podawane zatrzymują moją uwagę. Internet to zanurzenie w inną rzeczywistość. Zmienia naszą percepcję. Zmusza do innego zestawiania faktów.
 
I jakie to doświadczenie?
 
Z jednej strony fascynujące, a z drugiej przerażające. Fascynujące, bo ten świat bardzo zasysa. Jeśli posiada się umiejętność hierarchizowania spraw, informacji to można bezpiecznie żeglować. Ale jeśli jesteśmy biernymi pochłaniaczami, to zaczyna być groźnie. Na studiowaniu wpadek na czerwonym dywanie czy newsów z minutową datą ważności można stracić życie. 
Dla wielu ludzi rzeczywistość internetowa jest światem pierwszego wyboru. W internecie wyboru dokonuje się bez poczucia konsekwencji. Błyskawicznie dostaniemy tekst o Julii Hartwig, ale równie szybko o celebrytce, której opadł stanik na koncercie. To wszystko jest zrównane. Tymczasem kupując gazetę, wybieramy autorów, światopogląd, wartości. Wybór ma znaczenie.
To się przenosi do realu. Ludzie głosują za Brexitem czy za Trumpem, jakby to było kliknięcie bez znaczenia, a dopiero potem przychodzi refleksja, że w wyniku ich wyborów świat może się wywrócić. 
Wydawcy mediów internetowych powinni mieć świadomość jak gigantyczny wpływ mają na odbiorców. To trudne. Trzeba zachować balans, bo na koniec dnia słupki oglądalności muszą przełożyć się na wyniki finansowe. Rewolucja w Onecie polega na tym, że chcemy mieć dodatni wynik finansowy, nie rezygnując jednocześnie z zawodowej odpowiedzialności.
 
Wspomniała pani o gazetach. Czy prasa drukowana ma przyszłość?
 
Ma przyszłość, ale raczej nie w kształcie jaki znamy dziś. Rynek reklamy załamał się w dużej mierze z powodów politycznych. Na to nakłada się kryzys czytelnictwa w Polsce. Dziennikarze prasowi to grupa zawodowa najtrwalej i najwcześniej dotknięta kryzysem. Pierwsze tąpnięcia i zwolnienia w „Gazecie Wyborczej” miały miejsce blisko 10 lat temu. 
Stosunkowo dobrze mają się tygodniki, bo czytelnicy szukają opinii. Newsy mają w internecie. Wydawcy obudowują tygodniki dodatkami tematycznymi czy seriami książkowymi. I jakoś dają radę.
 
Warto przypomnieć eksperyment z „Newsweekiem” w Stanach Zjednoczonych. Zrezygnowano z druku, postawiono na wersję cyfrową i po kilkunastu miesiącach wrócono do druku, bo wersja internetowa nie zarabiała tyle, ile zakładano.
 
Rzeczywiście powrócono do druku, ale amerykański drukowany „Newsweek” nie ma już tej jakości, co przed digitalizacją. Nie da się już wrócić do myślenia o piśmie i kosztach, jakie generuje wydawanie pisma na poziomie. 
 
Zmieniają się też media internetowe. Onet jest dobitnym tego przykładem.
 
Zagospodarowujemy kolejne przestrzenie. Proponujemy programy wideo. Jakość naszych produkcji jest tak sama jak w telewizji, a koszty produkcji o trzy czwarte niższe. To ważna przewaga mediów internetowych. 
Nasze badania pokazują, że odbiorcy chcą być na bieżąco z polityką, sportem i kulturą. To dobry znak, ale też zobowiązanie. Dlatego dwa moje programy – „Rezerwację” i „Siłę kobiet” – przygotowuję bez taryfy ulgowej. 
 
Mówi pani o zainteresowani kulturą wśród odbiorców mediów, ale z drugiej strony warto zauważyć, że kiedyś odbiorcy byli chyba bardziej przyzwyczajenie do wymagających treści. Na przykład teksty prasowe Konstantego Puzyny z lat 60. 70. o teatrze są nieprzemijające, unikatowe. I teraz po latach można je czytać z wypiekami. A dziś w mediach o spektaklu pisze się pięć zdań i przyznaje gwiazdki. Z filmami jest podobnie. Kabaret literacki wczoraj i dziś to też dwie różne rzeczywistości. 
 
Tu mówimy już o czymś szerszym niż rynek mediowy. Trzydzieści lat temu mainstream to był Marek Grechuta. Dziś dla wielu to na przykład raper Popek. Tąpnięcie nastąpiło w latach 90. Zachłysnęliśmy się rozrywką, widowiskami w telewizjach komercyjnych. TVP też poszła tą drogą. Lata 90. to złoty okres telewizji pod względem finansowym. Nadawcy znaleźli żyłę złota. Mogli przeznaczyć ogromne fundusze na ambitne produkcje albo na rozrywkę przynoszącą góry złota. Wiadomo, co wygrało. Ale ta rozrywka odcisnęła się na naszym guście i obyczajach. Słowo „nominacja” jeszcze nie tak dawno znaczyło: docenienie kogoś, wskazanie do nagrody. A dziś to po prostu „wypad z programu”.
 
To samo można powiedzieć o słowach „popularny” czy „galeria”.
 
I o wielu innych. Te przesunięcia zostają i w języku, i w stosunku do ludzi. Brutalizują relacje. Pamięta pan pierwsze produkcje typu reality show? To były brutalne programy, w których ludzie byli poniżani i wyszydzani. Przekroczyliśmy granicę. I nowy język rozrywki przeszedł błyskawicznie do debaty politycznej i społecznej. A każde przekroczenie otwiera bramkę kolejnemu.
Ale wierzę, że zmiana, która dokonuje się dziś w internecie, podniesie poprzeczkę i w tym medium. Przez lata internet postrzegany był jako symbol bylejakości, przaśności, łatwizny intelektualnej. A teraz to się zmienia. Stopniowo, ale się zmienia. Doszliśmy do ściany z obniżaniem gustu. Jak widzę zdjęcia prezydenta RP w towarzystwie w znacznej części obnażonej piosenkarki na gali „Super Expressu”, to to już jest ściana. 
Ten rodzaj przekazu wyczerpał się również na poziomie finansowym. Żeby zdobyć nowego użytkownika, trzeba dać mu wartościowe rzeczy. Ja się tego trzymam.
 
To trochę jak w „Szchinszachu” Ryszarda Kapuścińskiego, gdzie sprzedawca perskich dywanów mówi: „Wszystko jest kwestią smaku [...]  Świat wyglądałby inaczej, gdyby trochę więcej ludzi miało odrobinę więcej smaku”.
 
Jak patrzę na to, co teraz serwuje TVP, to myślę właśnie o „kwestii smaku”. Nie mam nic przeciwko celebrowaniu patriotyzmu przez przygotowywanie wydarzeń okolicznościowych. Choć bardzo cenię sobie myślenie Jana Nowaka Jeziorańskiego, który uważał, że w czasie pokoju patriotyzm to płacenie rachunków, nieprowadzenie prywatnych rozmów ze służbowej komórki, czysty chodnik. Ale przekaz, również patriotyczny, trzeba dopasować do współczesnego języka mediów.
Wrócę na chwilę do początku naszej rozmowy. Może zabrzmi to nieskromnie, ale przez 4 lata w TVP Kultura pracowałam nad jakością naszych programów. Dbaliśmy o każdy szczegół naszych produkcji. Jeśli czegoś żałuję po rozstaniu z TVP Kultura to tego, że tak szybko zrezygnowano z jakości. 
 
W naszej rozmowie kilkakrotnie wracał temat kondycji zawodu dziennikarza. Czy ten zawód ma przyszłość? Czy ten zawód czeka ewolucja czy rewolucja?
 
Rewolucja już miała miejsce. Dziesięć lat temu robiłam wywiad z przywoływanym już Ryszardem Kapuścińskim, który mówił, że za 10 lat „mediaworkerzy” będą dominować w naszym zawodzie. Dziennikarz to ktoś, kto docieka prawdy.„Mediaworker” to osoba realizująca politykę korporacji. Kapuściński się nie pomylił - mamy dziś wielu „mediaworkerów”. To trudny moment dla dziennikarstwa.  
Ale nasz zawód będzie trwał, bo ludzie będą tęsknić za informacją, za opisaniem i objaśnianiem świata, za opowieścią. Znów przywołam Kapuścińskiego – będą tęsknić za podróżami z Herodotem. Opowieść jest czymś naturalnym, niezależnie czy poznamy ją dzięki prasie, telewizji czy w internecie. 
 
Gdyby nasza rozmowa odbyła się za rok, to jakie optymistyczne akcenty znalazłaby pani w roku 2017?

Chciałabym za rok przekonać się, że żadne medium nie uległo presji politycznej, i żadna z ważnych gazet nie zniknęła z rynku. Jednocześnie chciałabym zobaczyć, że właściciele mediów nie zapomnieli o elementarnej solidarności i zadbali o swoich pracowników. Bo to my, dziennikarze jesteśmy twórcami ich sukcesu. 
 
 
Rozmawiał Piotr Machul

Piotr Machul 105 Artykuły

Zajmuje się tematyką mediową, głównie telewizyjną i radiową. Przeżył kilkuletni romans z copywritingiem. Zdecydowanie woli dziennikarstwo. Dziwne, że nie mieszka w czeskiej Pradze, bo uwielbia to miasto.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.