Czech kradnie złote łuki

W filmie "McImperiun" John Hancock udowadnia, że jest jednym z najlepszych amerykańskich reżyserów - specjalistów od biografii. Historia Raya Kroca to zajmujący film biograficzny zarówno o twórcach McDonald's, jak i początkach ery korporacji.

Ray Kroc to komiwojażer czeskiego pochodzenia, którego wielkim marzeniem jest potężny biznes. Ciężko pracuje, nie wylewa za kołnierz, rzadko widzi się z żoną - dziś nad swoją efektywnością w pewnie pracowałby z coachem. W latach 50., kiedy go poznajemy, przed snem z płyt winylowych odsłuchuje mantry o wytrwałości w działaniu. 
Pewnego dnia w San Bernardino w Kalifornii poznaje braci McDonald's, którzy wpadli na pomysł szybkiego serwowania jedzenia – trzydzieści sekund od momentu zamówienia. Ray Kroc w zaufanym lokalnym biznesie widzi globalny potencjał. Namówienie braci na utworzenie franczyzy nie przychodzi łatwo. Dojście do fast-foodowej hegemonii to jeszcze długa droga, ale determinacja Raya sprawia, że wkrótce biznesowa machina dosłownie rozwalcowuje faktycznych twórców marki, a sprytny Czech zgarnia wszystko.  

Oprócz historii wątpliwego etycznie sukcesu komiwojażera oglądamy kapitalną kreację aktorską Michaela Keatona, któremu udało się stworzyć angażującą postać, nieoczywistą pod względem psychologicznym, a także fabularyzowany dowód na to, jak skuteczna potrafi być strategia: „jak nie możesz kogoś pokonać, kup go”. Przy okazji wiele dowiadujemy się o historii marki McDonald's - w Polsce kojarzonej głównie z synonimem wolności, pierwszym wielkim otwarciem na Świętokrzyskiej i powiewem wiatru wreszcie z Zachodu (co z tego, że pachnącym fryturą). Niezwykle angażujące są chociażby sceny prezentujące braci McDonald's opracowujących koncepcję Speedee. Z braku innych narzędzi wykorzystali boisko do koszykówki i energię kilku młodzieńców,  a w rezultacie oglądamy imponującą choreografię baletu hamburgerów. Natychmiast zaczynają pracować nasze ślinianki na myśl o keczupie, kleksach musztardy, dwóch plasterkach ogórka i odpowiednio wysmażonym mięsie. Kto by pomyślał, że na pomysł obniżenia kosztów produkcji lodów i shake'ów wpadła Joan Smith, późniejsza żona Kroka. To, czym uzurpator dokonał zaorania faktycznych twórców marki, to koncepcja zawładnięcia ziemią, na której rozwijały się franczyzy. Takich smaczków jest tu więcej, a „McImperium” urasta do rangi opowieści o nowej kapitalistycznej religii wyznaczanej przez korporacje. A także centrach handlowych i barach szybkiej obsługi – nowych kościołach Ameryki.
Na uwagę zasługuje również tłumaczenie tytułu filmu. W wersji polskiej brzmi mocno imperialnie, co pewnie ma swoją rację bytu, bo i marka potężna, a i my Słowianie lubimy to, co zasłużenie egzaltowane. Warto jednak, podsumowując wymowę filmu, wziąć pod uwagę mocno ironiczny wydźwięk tytułu angielskiego. Bez wątpienia bardziej trafionego.

Każdy na wymowę filmu zareaguje inaczej: wszak to, co jedni nazwą przyzwoitością i altruizmem, inni określą mianem frajerstwa. Z perspektywy wyżyłowanych przez Kroca braci film ma gorzką wymowę: oto nadeszła era korporacji i nieuchronnie nastaje czas schyłku małej przedsiębiorczości. W jednym z doskonałych skądinąd dialogów Kroc mówi do Maca McDonalda: „kiedy konkurencja tonie, wpycham jej do gardła szlauch”. I trudno zaprzeczyć, że tak faktycznie robi. Z perspektywy komiwojażera z kolei – to historia o potędze myślenia globalnego i geniuszu przemyślanej przedsiębiorczości, która nie tylko przynosi pieniądze, ale i generuje tzw. wartość dodaną. Ostatnie plansze filmu przypominają ciekawe (a z punktu widzenia marki bezcenne wizerunkowo) fakty, m.in. to, że druga żona Kroca przeznaczyła bajońskie sumy na cele charytatywne, a tak przy okazji to 1 procent ludzkości stołuje się właśnie pod złotymi łukami. Zatem: chylmy kapitalistyczne czoła.   

"McImperium” to więcej niż przyzwoity fabularyzowany case o początkach jednej z najpotężniejszych marek na świecie, który powinien być emitowany studentom zarządzania obowiązkowo. Marketerom. Oraz twórcom marek. I kreatorom ich wizerunków. A nawet dietetykom. John Hancock, który udowodnił, że potrafi ekranizować biografie, zrobił film o czymś jeszcze: o cenie, jaką płaci się za uczciwość w biznesie, a także o opozycji: lokalny i globalny. Wszystko świetnie zagrane, dobrze obsadzone i przejrzyście fabularnie podane. Jeszcze jeden bonus socjologiczny: z satysfakcją poleca się obserwować, jak po seansie widzowie pędzą po waniliowego shake'a i zagryzają go hamburgerem. Koniecznie z dwoma plastrami ogórka.     

„McImperium”, reż. John Lee Hancock, scen. Robert Siegel, wyst. Michael keaton, Nick Offerman, John Carroll Lynch, BJ Novak, Laura Dern. 

Katarzyna Woźniak 188 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.