Zło bierze się z człowieka

"Król Artur: Legenda miecza" ma wszelkie cechy blockbustera.

Guy Ritchie rozmontował już jeden brytyjski mit - ten o Sherlocku Holmesie. Z zaskakującą gracją zalatującego flegmą kryminalnego analityka zaprosił na londyńskie szemrane uliczki i obsadził w roli biorącego udział w nielegalnych bójkach. Tym razem wykazał się jeszcze większą odwagą - sięgnął po mit arturiański, przed którym ochoczo zgina się większość brytyjskich kolan. Niektórzy ponoć twierdzą, że jedynym prawowitym królem Anglii jest wciąż właśnie Król Artur.
W filmie "Król Artur: Legenda miecza" reżyser swobodnie reinterpretuje legendę. To jednocześnie klasyczna realizacja mitu o heroicznych rycerzach w zbrojach i na jego temat steampunkowa, swobodna dość wariacja. Efekt jest co najmniej interesujący - odświeżający i zaczepny.




Młody Król Artur zmaga się z traumą po utracie rodziców. Na tronie angielskim zasiada jego stryjek Vortigern. Oczywiście knuje ze światem czarnej magii, natomiast po stronie prawowitego władcy staną, jak się łatwo domyślić, nieco jaśniejsze moce. Artura w nieświadomości swojego królewskiego pochodzenia wychowały kurtyzany, a jako dorosły człowiek zarabia na życie jako sympatyczny alfons. Trudno mu odmówić uroku osobistego i umiejętności negocjacji. Owszem, do bitki też się nadaje, ale raczej jej unika. Uważa, że lepiej się jednak dogadać. Na przykład poprosić wikingów o to, czego się chce, bo a nuż się zgodzą. Wieść o byciu prawowitym królem spada nań stosunkowo nagle. Ale to nie wujaszek okaże się największym przeciwnikiem prawowitego władcy - tylko swoiste PTSD przeniesione jeszcze z czasów szczenięcych. W odzyskiwaniu równowagi i siły sekundują Arturowi Rycerze Okrągłego Stołu i dzielna Mag, która z tęczówką oka i rzeczywistością robi, na co jej magiczne siły pozwalają. W międzyczasie trup się ściele gęsto, słychać szczęk żelaza i świst zatrutych strzał.  

Czego tu nie ma: i montaż charakterystyczny dla teledysków, i sekwencje fantasy, i ciekawe retardacje, i zagadnienie mierzenia się z traumą, i sceny przywodzące na myśl western albo powieść łotrzykowską. Bardzo dobra ścieżka dźwiękowa będzie za nami chodzić jeszcze długo po wyjściu z kina. Są i grzechy: koncertowo położony wątek romansowy, efekciarstwo i czasem nadmierne ciśnienie na uwspółcześnienie mogą nieco uwierać. Jako eksperyment jednak - film należy do całkiem udanych.  

Nade wszystko "Król Artur: Legenda miecza" urasta do rangi opowieści nie tylko o żądzy władzy, ale źródłach zła. Że to - pochodzi z człowieka. I tylko z człowieka. O tym, że im bardziej rośniemy w siłę, tym większa dla niej przeciwwaga, bo nic w przyrodzie ginąć nie może. To także opowieść o godności, honorze, umiejętności negocjacji i dojrzewaniu do zarządzania. Krajem zwłaszcza. Końcowa scena jest jednym z najlepszych komentarzy publicystycznych do Brexitu, jaki do tej pory wybrzmiały.

Ogląda się bez przykrości i ciepła za uszami. Sporo to interesujących scen batalistycznych, niepowalające, ale wystarczające efekty specjalne, szalony montaż, dużo testosteronu, szczypta bezczelności w potraktowaniu niedosiężnego mitu arturiańskiego. Dodajmy, że reżyser był odpowiedzialny za realizację jednego z teledysków Madonny, kilku kampanii reklamowych (m.in. dla H&M i Nike), ma czarny pas karate, a estetycznie najbardziej pociąga go zgniłość londyńskich zaułków. Z takim CV - blockbuster w zasadzie murowany.

„Król Artur: Legenda miecza”, reż. Guy Ritchie, wyst. Charlie Hunnam, Jude Law, Eric Bana, prod. Australia, USA, Wielka Brytania 126 min.

Katarzyna Woźniak 238 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.