Kogel-mogel z krwią

"Po trochu" Weroniki Gogoli to solidny, świeży debiut i odważna powieść o dojrzewaniu i triumfie życia.

Nurt wiejski w polskiej prozie ma się w ostatnich latach bardzo dobrze. Po nominowanych do Nagrody Bookera "Gugułach” Wioletty Grzegorzewskiej, nagrodzonej Nagrodą Conrada "Alicyjce” Liliany Hermetz i "Uprawie roślin południowych metodą Miczurina" Weroniki Murek przyszedł czas na kolejną debiutantkę, która wraca w pamięci do czasów szczenięcych i wsi (nie)spokojnej. Tym razem w Olszynach pod Nowym Sączem narratorce przychodzi rozprawiać się z cieniem. Nie cieniowi przyglądać, o nie. Ona rusza na śmierć ze wszystkim, co ma pod ręką. Nie bez kozery zwana jest Janicką Zbójnicką. Tak dziko szarżuje.

Gogolowie noszą w sobie historie. I przekazują historie innym. Do nich historie się łaszą, przez nich przepływają. Dlatego debiutancka powieść Weroniki Gogoli musiała w niej dojrzewać długo, ale dzięki temu prozatorski owoc wydany przez Książkowe Klimaty rozbudza apetyt na kolejne karpackie opowieści.
Weronikę od maleńkości śmierć nawiedza. Towarzyszy jej, chucha jej w kark, pozwala się sobie z bliska przyglądać – czy się tego chce, czy nie. Z odwagą godną karpackiej dziewczyny ze śmiercią się mierzy, tupie na nią czasem, ale nigdy przed nią nie ucieka. Hardo patrzy jej prosto w twarz, przygląda jej żniwom. Szacuje straty, ale nie załamuje rąk.

Powieść podzielona jest na dwanaście części. Jak dwanaście godzin, które według tradycji spędza się nad ciałem zmarłego. Ostatnie dwie „godziny” chwytają za gardło i brzmią mocnym głosem silnej kobiety. Bo u Gogoli to właśnie kobiety dźwigają świat: „Dziadek kopał ziemniaki. Dziadka śmierć pachniała ziemią. Upadł na ziemię, między rozkopane rzędy. Motyka wypadła mu z rąk. Tak już mają ci Gogole. Stoją i umierają. Kobiety umierają ze starości. Normalnie. Ale chłopy, nie wiedzieć czemu, szybko i z niczego nic”. Każdy z rodziny Gogoli umiera inaczej, po swojemu, cieleśnie, po trochu. Odchodzi, niepytany o zgodę, czasem bocznymi drzwiami, czasem przy świadkach, na głos. Weronika i Gogolowe kobiety śmierć i cierpienie muszą wychodzić. Po każdej śmierci ktoś musi posprzątać. Krzątają się więc przy niej kobiety Gogolowe tłumnie i z zaangażowaniem, żeby życiu miejsce zrobić.

Dotychczas Weronika Gogola tłumaczyła ze słowackiego i ukraińskiego. Teraz daje się poznać jako autorka, która pisze ze swadą, zadziornie, od czasu do czasu konstruuje charakterystyczne dla rezolutnych i nad wiek dojrzałych dzieci bon moty, przywołuje wiejskie powidoki z dzieciństwa i znajduje dla nich pasującą językową ramę. Zaprawdę, pyszna to proza i zaskakująca. We wspomnieniach Janicki Zbójnickiej posmakujemy i kogla-mogla, i krwi, i szczypiących w język landrynek, i cierpkich pestek wiśni. Pokrzywą nas oparzy i słońcem karpackim ugrzeje. Przypomni, jak to było, kiedy w szkole (zanim wymyślono wychowanie bezstresowe) stało się godzinami w kącie albo w uniesieniu wbijało cyrkiel w plecy sąsiada z ławki, zbierało karteczki z Króla Lwa czy lizało klej z tubki. Kochało, traciło, pragnęło, ale rzadko żałowało. Żyło - po całości, na pełnej petardzie, do utraty tchu, choć żaden messenger pomysłów na to nie podsuwał.

Inną młodą prozą, która ze śmiercią wadzi się odważnie, są "Sztuczki” Joanny Lech. Zresztą – nominowane do Nike i Nagrody Literackiej Gdynia. To dwa zupełnie inne rodzaje narracji, ale jednak estetycznie sobie bliskie. O ile u Lech śmiercią wszystko jest muśnięte i podszyte, w obraz subtelny zaklęte, o tyle u Gogoli śmierć jest odbiciem, cieniem, tym, bez czego żadne żywe stworzenie istnieć nie ma siły. Lech – bardziej oniryczna i poetycka, Gogola – Leśmianowska, czasem groteskowa, jak z wierszy księdza Baki wzięta. Nie ma u Gogoli zaklinania śmierci na siłę, czarowania jej, zabiegania jej drogi, umizgów ani pertraktacji. Jest za to imponująca odwaga właściwa dzieciom dzięki ich przekonaniu o omnipotencji i nadludzkich mocach. Narratorka śmierci nie pojmuje, ale wciąż się z nią mierzy. Wciąż jej doświadcza cieleśnie, choć w jej wyobraźni nie istnieje jeszcze ani jako kategoria filozoficzna, ani termin, ani nawet puste pojęcie. A to kolegę z klasy zabierze, a to zwolni kolejne miejsce przy wigilijnym stole, do szpitala zaprowadzi, a to po kocim ogonie się omsknie.
 
Godna to proza i sprawiedliwa, świeża i odważna. O utracie, o dorastaniu, o dojrzewaniu do śmierci. A także o tym, że, paradoksalnie, życie zawsze zwycięża. Choć rachunek liczony w ludziach nie zgadza się przecież.

Weronika Gogola, "Po trochu”, Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Katarzyna Woźniak 202 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.