"Dunkierka" czyli za dużo wody

Wakacyjny "h(k)it kinowy" utwierdził mnie tylko w jednym - wierzę we wciąż rosnącą potęgę komunikacji marketingowej.

Potrafi ona bowiem wykreować wielce przeciętny obraz jako wielotygodniowy blockbuster z rekordami otwarć niezależnie od kraju i kontynentu.
 
Za astronomiczny budżet (ponad 200 mln dol. - przy czym kluczowe jest tu słowo "ponad") Christopher Nolan popełnił obraz o... wodzie. To "arcydzieło" podobnie jak tylko nieco mniej kosztowny (ok. 175 mln dol.) "Wodny świat" Kevina Costnera powinno polec na "wodnym polu bitwy" już przy pierwszej boi. Dzieje się jednak inaczej, wyjątkowo sprawnie została bowiem przygotowana komunikacja zawierająca entuzjastyczne recenzje "życzliwych" krytyków, której zapewniono błyskawiczne "szerowanie". Teraz jednak arcytrudne zadanie czeka administratorów komentarzy przeciętnych widzów, spośród których wyjątkowo ciężko będzie znaleźć potencjalnych "ambasadorów marki".











































Żal kinomana i entuzjasty batalistycznej historii

"Dunkierka" rozczaruje i powinna (abstrahuję od "życzliwych" wspomnianych powyżej) zarówno ten pierwszy, jak i drugi wymieniony w śródtytule target.
 
Kinomani muszą czuć się oszukani deklarowaną i - jak się okazuje - mocno przereklamowaną "trójpolówką perspektywy". Reżyser, co już pewne, nie mając innych argumentów, na każdej przedpremierowej konferencji podkreślał unikatowość spojrzenia na pole walki z trzech perspektyw, tj. lądu, wody i powietrza.
Zgadza się - z tą różnorodnością do czynienia mamy - tyle że do filmu nie wnosi ona właściwie nic odkrywczego. Te perspektywy ani razu umiejętnie się nie przecinają - ich wzajemne przenikanie to jedynie oczywiste momenty kiedy samoloty wpadają do wody...
 
Jeśli ktoś szuka w tym miejscu znacząco ciekawszego (choć "jedynie" dwuperspektywicznego spojrzenia na losy bitwy), polecam "Listy z Iwo Jimy" w reżyserii Clinta Eastwooda. Ten film powstał dekadę temu i ukazuje losy niewiarygodnie krwawej wojny na Pacyfiku w dwóch pełnometrażowych częściach. Jedna przedstawia walkę o Iwo Jimę ze strony obrońców, druga z perspektywy atakujących aliantów. Abstrahując od momentów hollywoodzkiego patosu, staremu kowbojowi w reżyserskim debiucie udało się tam w porównaniu z Nolanem prawie wszystko.
 
Nawet życzliwie nastawieni kinomaniacy z gry aktorskiej tudzież umiejętnie poprowadzonych w "Dunkierce" wątków narracyjnych nie zapamiętają dosłownie nic. Najczęściej zasłyszane komentarze "odczarowanych" już po pokazie widzów dotyczą wyjątkowej dbałości w odtworzeniu np. szczegółów umundurowania i uzbrojenia, ale coraz złośliwiej koncentrują się na zbliżeniach prześlicznego uzębienia, ponoć wycieńczonych Brytyjczyków, dla kontrastu umazanych ropą wyciekającą z tonących statków.
 
Efekty specjalne we współczesnej kinematografii to już "po prostu" tylko efekty - w tej chwili, dysponując takim budżetem, można nakręcić wszystko i między bajki trzeba włożyć opowieści ekipy "ujawniające", iż na potrzeby filmu szukano i sprowadzano oryginalne okręty; co najwyżej na planie pojawiło się kilka wciąż sprawnych kutrów i prywatnych jachtów. Całość "Dunkierki" - z bodaj z 10-sekundową przerwą - "okraszona" jest adekwatną do horrorów i thrillerów "klasy B" muzyką, która po kilku minutach seansu zaczyna tak irytować, że skatowane ucho z ulgą przyjmuje wybuchy bomb i świst pocisków. Paradoksalnie daje to chwile wytchnienia - nawet dla wprawnych słuchaczy przywykłych już do "systemu super dolby mega surround", czyli standardowego wyposażenia choćby powiatowego kina....

Dla entuzjastów i hobbystów batalistycznej historii "Dunkierka" stanowi rozczarowanie jeszcze większe. Ten wstydliwy dla brytyjskiego imperium epizod II wojny światowej (analizy historyków koniec końców wieńczy na ogół teza, że "dunkierski cud ocalenia" w gruncie rzeczy wynikał z... zadumy Hitlera, który słuchając porad astrologa, kompletnie niezrozumiałym dla wojskowych strategów rozkazem powstrzymał dalszą inwazję swych wojsk) można było jakoś obronić. Faktograficznie czy ideowo. Przecież te próby były czynione wielokrotnie i to często z sensem. Z tego nie ma nic. Nie ma ani jednego dialogu ani nawet mniej lub bardziej tendencyjnego opisu, który choćby w trzech zdaniach określił szerszy kontekst i odpowiadał na fundamentalne pytania: kiedy, kto z kim, dlaczego, co było potem? Od drugiej sceny (pierwsza też kompletnie niczego nie wyjaśnia) jesteśmy "rzuceni" na plażę z dziesiątkami tysięcy Brytyjczyków (i jednym Francuzem...), którzy karnie czekają na ewakuację do matecznika swego imperium.
 
Oczywiście Anglicy są atakowani z lądu, morza i powietrza, tracą setki rannych i zabitych, niemniej jednak po kolejnym niemieckim ataku z powrotem ustawiają się gęsiego i czekają na jakąś łajbę, która dowiezie ich do wyśnionych, rodzinnych klifów. Powiedzieć, że w takim otoczeniu sytuacyjno-militarnym trudno o wykreowanie choćby pół bohatera, to jak nic nie powiedzieć. Jednak obejście tego na siłę poprzez wciśnięcie widzom żenująco ckliwej historii o przypadkowej śmierci 17-letniego chłopca (w amoku zostaje popchnięty na rodzinnym jachcie przez wyłowionego z wody angielskiego rozbitka), to dobitny pokaz scenariuszowej inercji. Słowem zarówno scenariuszowo, jak i faktograficznie "Dunkierka" już od pierwszych minut projekcji wpłynęła na mieliznę i już tam została. W każdym aspekcie w tym filmie jest za dużo wody. Tym, którzy nastawili się na nowego "Szeregowca Ryana", doradzamy jedno - zostańcie w domu. Na przykład patrząc w akwarium.

Piotr Pokrzywa 9 Artykuły

Fascynat komunikacji. Zarówno tej miejskiej jak i marketingowej. W niedalekiej przyszłości zamierza się także zająć kolejnym obszarem - komunikacją międzyplanetarną tj. sięgnąć do gwiazd.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.