Komu naprawdę służy opodatkowanie prasy i książek

Wspaniale jest wchodzić do księgarni. Półki są pełne książek. Można pomarzyć o tym, jakie pozycje chciałoby się mieć na półce...

Wspaniale jest wchodzić do księgarni. Półki są pełne książek. Można pomarzyć o tym, jakie pozycje chciałoby się mieć na półce (nie mówimy o pięknie oprawionych woluminach, ale choćby o poketowych wydaniach współczesnej polskiej prozy lub klasyki). Można pomarzyć, gdyż ceny książek już dawno przestały być do przyjęcia. Książki to jedno, ale przecież wzrost cen dotyczy także prasy. Jaki los w tym kontekście spotka słabsze finansowo czasopisma lokalne, które i tak żyją na skraju bankructwa? Na szczęście decyzje dotyczące podatku zostały ostro skrytykowane. Absurdem jest definicja prasy branżowej, która uwzględnia nakład gazety jako kryterium. Następnym - komórka, która będzie kwalifikować tytuły i na tej podstawie podejmować decyzje dotyczące stawki podatku. Na usta ciśnie się pytanie, kto wymyślił definicję i kto zasiądzie w komórce? Czy ludzie, którzy mają cokolwiek wspólnego z rynkiem prasowym? I w jednym, i w drugim przypadku mamy wątpliwości. Sam pomysł wskazuje na to, że kwestie merytoryczne zeszły na plan dalszy. Zwyciężyły natomiast przesłanki fiskalne. Ciekawostką jest to, że nikt nie wymaga od nas wprowadzania takiego podatku. Niektóre kraje Unii Europejskiej radzą sobie w ogóle bez niego, w innych stawka wynosi około 2 proc. Czy zarobki budżetu rzeczywiście są warte wprowadzania aż takiego zamętu? Czy w tych czasach powoływanie dziwacznej instytucji selekcjonującej tytuły, która z daleka wygląda jak niewysychające źródełko z pieniędzmi, dobrze przysłuży się społeczeństwu w dalszej perspektywie? Komu to naprawdę służy?

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.