Szampana nie będzie

Wywiad ze Sławomirem Giefingiem, prezesem firmy GJC Inter Media, organizatorem targów RemaDays.

To już piąta edycja targów RemaDays. Będą szampan i fajerwerki?

Sławomir Giefing: To skromny jubileusz i podchodzimy do niego z dystansem. Nie chcemy się upajać sukcesem. Myślę, że 10. targi będą stosowniejszą okazją do uroczystych obchodów.

Pierwsze zgłoszenia na targi wpływały tuż po zakończeniu poprzednich, na długo przed kryzysem. Czy ostatnie wiadomości z USA lub Europy Zachodniej spowodowały, że ktoś się wycofał?

Zawsze znajdzie się kilka firm, które wycofają się z uczestnictwa. Tak dzieje się co roku. Trudno powiedzieć, czy miał na to wpływ kryzys, czy przyczyną było coś innego. W magazynie „Forbes” przeczytałem ostatnio, że w tych trudnych czasach klienci koncentrują się bardziej na znanych markach, a mniej eksperymentują. Trzeba stawiać na bezpieczeństwo. Mamy świadomość tego, że w przyszłym roku może być gorzej. Ci, którzy zarezerwowali większą powierzchnię na targach, mogą z tego pomysłu zrezygnować. Ale przecież nie jest powiedziane, że kryzys dotknie Polskę szczególnie boleśnie. Może dziś sytuacja jest dużo gorsza, niż będzie za pół roku. Dlatego teraz ludzie czekają, powstrzymują decyzje, żeby zobaczyć, co się wydarzy.

Na piątych RemaDays ma się pojawić 430 wystawców. Jak rozkłada się to na poszczególne branże?

Pojawią się trzy sektory: artykuły promocyjne, outdoor i indoor (reklama pneumatyczna, POS-y, roll-upy, displaye) oraz technology (maszyny dla branży reklamowej związane z drukiem i znakowaniem).  Branża upominkowa to 250-260 firm, ok. 120 stanowić będzie indoor i outdoor, a 50 – dział technology.

Pierwsza edycja targów była tworzona z myślą o artykułach promocyjnych?

Tak. Od początku kluczowym elementem targów były upominki reklamowe. Przy pierwszej edycji pojawiła się idea zaprezentowania wszystkiego, co wiąże się z reklamą. Przypomnę, że pierwsza edycja nosiła nazwę Międzynarodowych Dni Marketingu, PR i Reklamy. Jednakże zrezygnowaliśmy z agencji PR i usług consultingowych. Na targach łatwiej z pewnością zaprezentować produkty materialne związane z reklamą niż usługi. Dlatego rozszerzyliśmy targi o sektor out & indoor i technology.

Po czterech edycjach większość ekspertów podkreśla, że RemaDays to pomysł doskonały. Jak Pan ocenia tych pięć lat? Co się nie udało?

Podczas pierwszej edycji mieliśmy 180 wystawców. Dziś jest ich już 430. Za największy sukces uważam jednak to, że wielkość i ranga imprezy powoduje, że się o niej mówi. Targi RemaDays łączą w sobie różne sektory, promieniują na cały rynek. Firmy, które nie oferowały dotychczas upominków reklamowych, włączyły je do swojej oferty. Porażką jest na pewno brak możliwości rozwinięcia hali. Szkoda, bo więcej firm mogłoby się pokazać. Niestety, to już nie zależy ode mnie.

Na RemaDays pojawią się goście z Europy Wschodniej?

Wystawców z Europy Wschodniej nie mamy. Rynek firm, które mogłyby coś eksportować do Polski czy szerzej – do Unii Europejskiej, jest tam słabo rozwinięty. Przyjeżdżają jednak zwiedzający np. z Białorusi czy Ukrainy. Mają łatwiej, bo u nas nie ma warunku członkostwa, biletów wstępu, no i jest bliżej niż na niemieckie PSI.

Kiedy rozmawialiśmy rok temu, myślał Pan o zrobieniu podobnych targów na Ukrainie. Czy w dzisiejszych warunkach to możliwe?

Taki plan mgliście pojawił się w 2008 roku. Zasugerowało mi to kilka firm z Polski. Myślałem o terminie luty-marzec w Kijowie. Coś mnie jednak tknęło, żeby nie ryzykować. Czuję, że w tym roku targi na Ukrainie byłyby katastrofą.

Nam to nie grozi?

Przewidywanie jest bardzo trudne. W Polsce kryzys pojawił się także w latach 2000-2001, ale nie pamiętam, żeby ta informacja atakowała mnie tak bardzo jak teraz. Jest dużo gadania na ten temat, internet zalewa fala informacji. Wtedy jeszcze tego nie było, więc może dlatego nie było to aż tak bardzo odczuwalne. Na szczęście branża reklamowa żyje z konsumpcji podstawowej: alkoholu, chemii, a to będzie szło. Bez wątpienia miernikiem skutków tego kryzysu będą nasze targi. Mało która firma powie wprost, że spadła jej sprzedaż, a po targach będzie to widać. Skutki kryzysu można więc zmierzyć liczbą wystawców, metrów i odwiedzających. Na razie nic złego nie widać. Działamy bardzo intensywnie w kierunku promocji imprezy w całej Europie, na Wschodzie i w Niemczech. Mamy tam kilku partnerów medialnych, dystrybuujemy zaproszenia, zbieramy bazę danych. Mimo tamtejszego kryzysu nasz rynek reklamowy nadal dobrze się rozwija.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.