Branża reklamowa na umowach śmieciowych

Najważniejsi w tym biznesie są ludzie, ile razy już to słyszeliście? Wynagrodzenia i zabezpieczanie świadczeń dla pracowników to już sprawa drugorzędna.

Branża reklamowa jest trudna, a im jest trudniejsza, tym ciekawsza z punktu widzenia obserwatora. Z najnowszego raportu SAR dowiadujemy się, że płace w agencjach reklamowych spadły o 2,1 proc., czyli biorąc pod uwagę inflację, płace realne zmniejszyły się o 6,2 proc., co zapewne jest odzwierciedleniem spadku marż w tym biznesie.

Według badania SAR junior art director zarabia 4 tys. zł, co zupełnie nie koresponduje z moją wiedzą na ten temat, którą czerpię od pracowników. – Może to taka krecia robota, żeby podnieść oczekiwania płacowe w branży albo, co jeszcze bardziej prawdopodobne, żeby klienci uwierzyli, że stawki, które dostają na fakturach, są prawdziwe – mówi jeden z moich rozmówców z wieloletnim doświadczeniem w branży.

Krynica wiedzy płynąca od praktyków na temat polityki zatrudnienia w najbardziej prestiżowych agencjach na rynku oblewa otrzeźwiającym strumieniem. Problem to nie tylko płace, ale również oferowane formy zatrudnienia. O umowy śmieciowe tu chodzi, brak szans na kredyt i trzy dni wypowiedzenia. Teoretycznie im mniejsze koszty pracy, tym mniejsze bezrobocie, większa elastyczność i dobrobyt dla wszystkich. Jest jednak pole do dyskusji. – Nie ma mowy, żeby w niektórych agencjach  przejść na umowę o pracę – oburza się mój rozmówca. Taka polityka chroni pracowników przed kredytami hipotetycznymi, za co, jestem przekonana, kiedyś powinni podziękować.

Jeszcze kreatywniej do sprawy podchodzą sieciówki działające pod opresją raportowania do centrali. Jeśli jedna spółka w grupie ma wyczerpane limity na zatrudnianie lub podwyżki, to zatrudnia pracownika za stawkę minimalną z umową o pracę, natomiast reszta wynagrodzenia spływa z umowy o dzieło zarejestrowanej na siostrzaną firmę. Takie kombinowanie rzuca nowe światło na sens utrzymywania kilku spółek w grupie. Dodatkowa umowa o dzieło to rachunek z dużym kosztem uzyskania przychodu, więc płaci się mniejsze podatki, ale jeśli pracownik się rozchoruje albo idzie na urlop, to do portfela trafia tylko stawka minimalna z umowy o pracę. O tym schemacie usłyszałam w kontekście co najmniej kilku agencji sieciowych z dużych holdingów. W przypadku freelancingu bywa jeszcze ciekawiej: na papierach obowiązuje stawka minimalna, resztę dostaje się pod stołem w gotówce. Taki marginalny wkład branży reklamowej w rozwój szarej strefy w Polsce.

Zjawisko polegające na zatrudnieniu seniora z kreacji na umowę zlecenie to domena nie tyko wspominanych holdingów. Ludzie są najważniejsi, co nie znaczy przecież, że muszą być bardzo drodzy w utrzymaniu.

Są też bohaterowie pozytywni: BBDO i Leo Burnett to agencje, która według moich rozmówców uczciwie podchodzą do umów o pracę. Pozostaje nadzieja, że na nich lista się nie kończy, ale nie ma się co spodziewać, że palców jednej ręki do liczenia zabraknie.

Większość agencji ochoczo zajmuje się problemami współczesnego świata. Najczęściej jednak sprowadza się to do kampanii społecznych dotyczących 1 proc. podatku i apetytu na KTR za taką kampanię. Jednak o swoje najcenniejsze aktywa agencje nie dbają. Nie wspominam już o pakietach na fitnessy i siłownie, w przypadku tej branży doba na takie fanaberie jest zdecydowanie za krótka. Według mnie nic się nie zmieni, dopóki klient nie stwierdzi, że chce współpracować z agencjami, które rzetelnie traktują swoich pracowników. Ergo – nic się nie zmieni.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.