Mamy niedojrzały system celebrycki [wywiad]

- Celebryta jest naszym delegatem, ale potrzebujemy zarówno dojrzałych celebrytów, jak i dojrzałych publikacji o sławach - mówi kulturoznawca SWPS prof. dr hab. Wiesław Godzic.

"MMP": Co to za postać - celebryta?

Prof. dr hab. Wiesław Godzic: Jednym słowem trudno to określić. To ktoś powszechnie znany, rozpoznawalny, tylko przyczyny jego bycia znanym mogą być rozmaite. Najbardziej wpadająca w ucho definicja celebryty według amerykańskiego badacza Daniela Boorstina z lat 60. to "znany z tego, że jest znany". To określa profil jakiejś kategorii celebrytów: nie trzeba mieć talentu, nie trzeba mieć umiejętności, bo celebryta jest znany wyłącznie ze swojej popularności wynikającej z życia w pewnym stylu.

To zjawisko charakterystyczne tylko dla współczesnych czasów?
Obecnie najbardziej widoczne. Kiedy ktoś kiedyś mnie zapytał, czy w PRL-u żyli celebryci, miałem z odpowiedzią poważny kłopot. Dawniej znani aktorzy, piosenkarze na ogół byli świetnymi profesjonalistami, ale nie żyli życiem celebryckim, bo nie było całego systemu technologicznego i medialnego, w którym mogliby funkcjonować. Nie było paparazzich, nie było agencji, które dbają o PR, znane osoby nie były również wycenianym towarem. Teraz zaznaczają się w kulturze popularnej dwa wyraźne tory: albo mówimy o ludziach znanych, z których część rzeczywiście zasługuje na popularność ze względu na osiągnięcia, albo w drugim nurcie, bardziej rwącym, widocznym, znajdują się trzecioplanowi aktorzy, którzy żyją życiem na tzw. ściankach. Pokazują się, chcą być widziani i pokazywani, mają parcie na szkło. Te dwa nurty wcale nie muszą się spotkać. Pamiętam moment pewnej konsternacji. Kiedyś znanej, bardzo dobrej aktorce powiedziałem, że jest celebrytką i ofuknęła mnie. Zapewne ci, którzy są oceniani jako "plankton celebrycki", nigdy nie będą wielkimi aktorami i piosenkarzami. Odpowiada im takie życie, dopóki mogą na tym zarobić, a zarabia się na tym duże pieniądze. A to dodaje kolorytu naszej scenie i lokalnemu show-biznesowi.

Na podstawie jakich kryteriów zostaje się celebrytą?
Przede wszystkim trzeba się czuć celebrytą i dać przyzwolenie na to, żeby inni nas tak traktowali. Trzeba tego wyraźnie chcieć, czasem się tego domagać. To jest zdaje się problem dla wielu rozpoznawalnych osób. Złapałem się na tym, że sporo osób, które nazywam celebrytami, nie chce nimi być. Dają tego dowód: nie chcą, żeby im robić zdjęcia, usuwają się w cień. Z Krystyną Jandą na przykład jest tak, że nikt nie ośmieli się jej nazwać celebrytką, bo rozsadza ramy kategorii, które celebrytów określają: nie bywa na otwarciach wydarzeń związanych z modą, nie ogląda publicznie kolekcji projektantów, natomiast jest świetną aktorką. Kultura popularna często wykorzystuje jej wizerunek, czasem ją przedrzeźnia, próbuje się z nią drażnić, ale Krystyna Janda nie znajduje się w tej samej kategorii, co popularni w Polsce celebryci.

Mówił Pan, że celebryci dodają kolorytu show-biznesowi. Jakiś czas temu do miana celebrytki pretendowała mama Madzi – jeszcze przed ogłoszeniem wyroku została zaproszona na pokaz mody i siedziała obok Jolanty Kwaśniewskiej. Czy zjawisko celebrytyzacji może być w takim razie niebezpieczne?
Kapitalna kwestia. Można na to zagadnienie spojrzeć z dwóch stron. Te działania, o których Pani mówiła, dotyczące mamy Madzi, uznaję za naturalne. Żyjemy w szarej masie, ktoś w tym tłumie podnosi rękę i daje znak: jestem tutaj, chcę być w snopie światła, chcę błyszczeć, dajcie mi moje pięć minut. Przykład mamy Madzi jest o tyle skomplikowany, że kierują nią prawdopodobnie niecne pobudki. Zrobiła coś nieakceptowanego społecznie, ale z jakichś powodów uważa, że powinna być w centrum zainteresowań. Kręci ją to, chce tego, a w zasadzie prawa do bycia w centrum uwagi trudno jej odmówić. Bo w imię czego? Dopóki ktoś ją kupuje, ktoś kupuje jej wizję samej siebie, jest towarem. A dzisiaj kupowanie oznacza zainwestowanie w coś lub kogoś swojej uwagi.

Czasu, czyli pieniędzy.
Celebryci myślą sobie, że wystarczy zwrócić na siebie uwagę innych, a inni już coś z tym zrobią. Ten sposób myślenia kieruje ludźmi, którzy zakładają blogi, szafiarkami, które krytykują albo chwalą kolekcje odzieży. Wokół takiego działania w sieci coś narasta, a o jego przyszłości decyduje rynek. A kiedy to będzie niebezpieczne? Wtedy, kiedy jako wzory będą prezentowane tylko negatywne postaci. Więcej niż wątpliwe moralnie. Kiedy nie będziemy mieli dojrzałych celebrytów, tylko ich marne podróbki.

Dojrzali celebryci? Czyli jacy?

Doskonałym przykładem jest Bono z U2, który de facto sprawuje wielką władzę. Spotyka się z prezydentami krajów, rozmawia z nimi, a z jego głosem i opinią wszyscy się liczą. Wypracował to sobie na przestrzeni lat: talentem, pozycją, konsekwencją. Może bardzo dużo dobrego zrobić, a przy okazji dobrze gra i śpiewa. Tacy celebryci muszą istnieć: silni, wyraziści, konsekwentni. Mają moc kreowania trendów, pokazywania, co jest dobre, a co złe. Mają też moc przesuwania granic tabu w kulturze.

Czy polskie media znajdują się pod dyktaturą celebrytów? 

Polskie media znajdują się pod dyktaturą, nie wiadomo czego. Mają kłopot same ze sobą, z nieznośnym, głupawym podziałem na lewicowych, prawicowych, konserwatywnych, liberalnych. Już nie wiemy, w którą stronę robić wycieczki. To bardzo przeszkadza, chociażby w stworzeniu dojrzałej sceny politycznej, nie mówiąc o stworzeniu spójnej wizji świata. Polscy celebryci albo ci, którzy pretendują do takiego miana, zaczynają często niedobrze, bo od bójek i awantur. Wygłaszają głupawe opinie na różne tematy, czasem na temat innych celebrytów i robią to z taką częstotliwością, że w innych krajach to niespotykane. W dojrzałych systemach celebryckich oni nie dotykają siebie nawzajem. Mają świadomość, że dla każdego znajdzie się miejsce, bo każdy jest oryginalny siłą pojedynczej oryginalności. Nie można kogoś zwalczać siłą, tylko siłą swojej oryginalności.

W Polsce przypinamy łatki?
A powinniśmy nawzajem pokazywać sobie, co potrafimy. U nas raczej we wzajemnych niesnaskach sugeruje się, że ktoś się nie umie ubrać, zachować. Za chwilę taka sprawa jest stawiana na ostrzu noża, ludzie idą ze sobą do sądów. A główną przyczyną tego jest system celebrycki w powijakach. Musimy się tego szybko oduczyć, bo inaczej ani Doda nas nie zbawi, ani Michał Wiśniewski, ani Kuba Wojewódzki, który powinien coś ze sobą zrobić, znaleźć na siebie nowy sposób. Nie oceniam tej sceny dobrze. Mamy przecież też wielu bezkompromisowych krytyków tej sceny: jak tu rozumieć ludzi, którzy są jednocześnie celebrytami i antycelebrytami?

Czy Kuba Wojewódzki popłynął z prądem?
Myślę, że Kuba Wojewódzki wcale nie chce być celebrytą, ale jest pchany w tę stronę przez różne okoliczności. To, co pisze w rubryce "Mea Pulpa", jest dla mnie niebywałe i stanowi o jego wyjątkowości w światku celebryckim. Tak nie pisze żaden inny autor, nie tylko celebryta: tak błyskotliwie i przenikliwie. W tym wszystkim zdarza się mu przeholować, oczywiście. Ale nie przekreśla to wartości jego wypowiedzi. Celebryta powinien mieć w sobie to coś, czyli pewien rodzaj błyskotliwości, umiejętność śledzenia kontekstu, wiedzę, obycie. Spotykam wielu celebrytów, delikatnie mówiąc, nieco mułowatych w tworzeniu myśli, takich, którzy tylko grają i ta gra to ślizganie się po powierzchni tematu. Na większych głębokościach nie mają szans. Tacy długo nie pożyją, bo ta scena wymaga zmienności. Ci, którzy są przekonani, że mają przed sobą co najmniej dziesięć sezonów, mają raczej tylko jeden. Przykładem może być Szymon Majewski. Hubert Urbański miał swoje pięć minut, ale jego formuła się zużyła, podobnie jak formuła programu, który prowadził. Celebrytyzm jest wspaniałą rzeczą, bo wymaga nieustannej pracy nad sobą. Ale nie każdy to przyjmuje.

Z czego wynika nasza chęć śledzenia życia celebrytów? Jakie nasze potrzeby to zaspokaja?
To mniej potrzeba bycia poinformowanym, bo często cóż to za informacja o tym, że ktoś gdzieś się pojawił - kompletnie niepotrzebna do niczego. W grę wchodzi raczej sfera empatii. Pamiętam, że jedna z moich znajomych oglądała serial "Dallas". Płakała podczas oglądania. Zapytałem, dlaczego tak reaguje. Odpowiedziała, że ona "nigdy tego nie będzie miała". Gdzieś w środku chcielibyśmy być celebrytami, marzymy o takim życiu choć przez chwilę. Z drugiej strony wiemy, że to są niedosięgłe gwiazdy. My też tacy moglibyśmy być, ale nam się nie chce, dlatego celebryci robią to za nas. To trochę tacy kumple z podwórka, którzy mają dobre życiorysy. Wiśniewski ma dobry życiorys, Doda, Górniak – mają trudne życie. I bardzo się cieszymy, kiedy im się coś udało, ale cały czas nie traktujemy ich tak, jak kiedyś traktowało się gwiazdy. Kiedyś szarzy ludzie prosili o pozwolenie na dotknięcie skraju szaty jakiegoś aktora. Dzisiaj owe gwiazdy to kumple, kumpele.

Na ile celebryta pomaga marce, a na ile jej szkodzi?
Wszyscy jesteśmy obrandowani. Kiedyś sprawdzaliśmy, kto ma markowe ciuchy i czy te brandy są wyeksponowane. Sprawa ma się zupełnie inaczej, jeśli chodzi o produkty finansowe czy usługi. Mam mieszane uczucia, kiedy celebryta, który ma kłopot z osobowością, np. nie wie, czy jest kobietą, czy mężczyzną, i promuje produkty bankowe. Nie wróżyłem temu nic dobrego: Szymon Majewski dla mnie na przykład nie jest osobą, która może reklamować produkty bankowe. Bank z kolei zapewnia, że dzięki wykorzystaniu tej postaci w reklamie i w zintegrowanych działaniach kampanii sprzedano więcej produktów, otwarto więcej kont. Jeżeli tak mówi bank, to pewnie jest to prawda. Ale nie pasuje mi to, że poważne usługi mogą być promowane przez niepoważne osoby. Wszystko zależy też od tego, o jaki typ niepoważności nam chodzi. Nowa akcja reklamowa operatora Play to akcja stonowana i dobrze wpisująca się w komunikat ogólny marki. Nie reklamują jej osoby szczególnie ekscentryczne, raczej zdystansowane. Są nam dobrze znane, ale mamy wrażenie, że nie mogą zaszkodzić marce. Cały czas uważam, że każdy komunikat reklamowy musi być traktowany poważnie. Z pewną dozą humoru, który jednak powadze nie przeszkadza. Wspomniany już Wojewódzki jest profesjonalistą, nie udaje kogoś innego. W reklamie grał, ale samego siebie jako celebrytę, jednocześnie wielokrotnie potwierdzając, że celebrytą nie jest. To dla mnie duża zagadka, w którą stronę pójdzie branża reklamowa pod względem wykorzystania celebrytów w kampaniach. Pojawiają się też w kampaniach naprawdę wielkie postaci, jak Kevin Spacey. Ale proszę mi powiedzieć: z czego ma być znany w Polsce Kevin Spacey i komu? Obawiam się, że większości nie z filmów pełnometrażowych, które zrealizował i które są niewielu znane, ale z seriali, które nasi rodacy (nie chce powiedzieć, że wszyscy) zdobywają albo oglądają w sposób nie do końca legalny. Obecność Spaceya w reklamie jest też znakiem tego, skąd naród czerpie wiedzę o ludziach, artystach i ich warsztacie.

Jak Polska wygląda na tle innych krajów pod względem okazywania zainteresowania celebrytom? Czy sprawdza się zasada „jaki kraj, taka Angelina”?
Nie odpowiem na to wprost. Ale w ostatnim czasie oglądałem dwa filmy dotyczące paparazzich. Jeden to polska produkcja – film dokumentalny o pracy Przemysława Stoppy, a drugi - "Young paparazzi" - amerykański film o kilkunastoletnim chłopaku. To przykłady dwóch kompletnie innych spojrzeń na problem. Film amerykański to produkcja o zatroskaniu: o los chłopaka, o tym, jak się odnajdzie w środowisku i jak spełni swoją rolę. W tym polskim filmie wylewa się kubeł pomyj na cały system: że to bez sensu, że to złe. A przecież paparazzi są tylko elementem tego systemu. W Stanach nikt nie snuł refleksji nad słusznością systemu, tylko czy temu bohaterowi będzie dobrze w tym systemie. I w tej pracy. Polacy są jeszcze wciąż na wstępnym etapie rozwoju systemu, a tym samym myślenia o takim zjawisku. Jeśli u nas trzech celebrytów zrobiłoby orgię, to jesteśmy gotowi zamknąć ich wszystkich w więzieniu. Z kolei politycy potrzebują celebrytów – krytykują wiele ich zachowań, ale jak przychodzi do przeforsowania np. ustawy, chętnie ich wykorzystują.

Katarzyna Woźniak 395 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.