Przyjmujemy bezwiednie oszustwa

- Zjawisko manipulacji językowej wraca tylnymi drzwiami od czasu komuny. Ale wtedy Polacy jako naród byli wyjątkowo czujni. Teraz pozwalamy się oszukiwać - mówi prof. Włodzimierz Gruszczyński, językoznawca SWPS.

"MMP": Panie Profesorze, cytując Barańczaka, proszę pokazać język. Co się dzieje w naszym języku? Czy od czasu odzyskania niepodległości uczymy się go na nowo?

Włodzimierz Gruszczyński: Z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego rewolucji w języku nie widać. Na początku lat 90. łatwiej było dostrzec np. to, że na ulicach pojawiły się szczęki. Szanujący się biznesmen na początku lat 90. musiał mieć przynajmniej jeden taki stragan. Przeciętny człowiek pod względem językowym wcale zmiany początku lat 90. nie odczuł. Być może regularny czytelnik prasy, jeżeli jednym skokiem przerzucił się z "Trybuny Ludu” na "Gazetę Wyborczą”, widział różnicę, ale nie doznawał szoku. Dwudziestoparo-, 30-latek - jeżeli weźmie do ręki pierwsze numery "Gazety Wyborczej” - to wciąż widzi w niej retorykę głębokiej komuny. Nawet opozycyjni dziennikarze na początku lat 90. posługiwali się jeszcze tamtym językiem, nie wszystko i nie od razu udało się odsączyć od propagandy PRL. W slangu dawnej opozycji wszystko było czarno-białe albo hiperbolizowane. Dziennikarzom wciąż jeszcze towarzyszył strach, czuli odpowiedzialność za słowo: "a co, jeśli Ruscy wejdą i zrobią porządek?". W porównaniu z "Trybuną” pierwsze numery "Wyborczej” robiły wielkie wrażenie, ale to nie ten sam rodzaj szoku, którego doświadczamy, sięgając dzisiaj po ostatnie numery "Trybuny". Kompletnie nie zdajemy sobie sprawy, jak dawniej było.

Jak dzisiaj reagują młodzi ludzie na język tamtej propagandy i retorykę przekazu?

Przeprowadzam regularnie wśród studentów eksperyment. Przywołuję wydarzenia marca 1968 r., zupełnie nieformalnie nazywam je zawieruchą. Zadaję pytanie z wyobraźni historyczno-medialnej: co następnego dnia na temat wydarzeń na Krakowskim Przedmieściu wydrukowały gazety? Bo coś się działo, ileś tysięcy ludzi to widziało, nie można tego zupełnie zignorować. Co napisało "Życie Warszawy" następnego dnia o tym, co było poprzedniego dnia na Krakowskim? Pytanie sprawdzające dla pani.

Ani słowa o pałowaniu, pewnie w porównaniu ze skalą zjawisk coś hurraoptymistycznego.

"Chwilowe utrudnienia w komunikacji”. Nieodpowiedzialni studenci z niewiadomych powodów zaczęli burdy i przez Krakowskie Przedmieście nie mogły jeździć autobusy, więc ty, robotniku, cierpisz.

A dzisiaj - jaka byłaby reakcja?

Dzisiaj we wszystkich redakcjach gazet codziennych i portali z informacjami to byłyby jedynki, temat dnia wałkowany przez niemal całą dobę. A wtedy to było wydarzenie zepchnięte gdzieś w kąt łamu, małymi literkami, bo trzeba było ten fakt zamieść pod dywan, ale nie całkiem. Zrobiono z tego drobną informację o niedogodnościach. A dzisiaj, jeżeli trzech facetów pobije się na Krakowskim Przedmieściu, to robi się z tego demonstrację. Wtedy kilka tysięcy ludzi było spałowanych i było to zrelacjonowane jako przerwy w komunikacji.

Czy w świetle tego, co Pan mówi, mamy w Polsce wolne media?

Zależy, co dla kogo oznacza wolność. Z punktu widzenia politycznego poniekąd są wolne, bo w tym samym państwie i systemie może się ukazywać "Fronda" i "Przegląd", ale również "Szczerbiec". Ale jeśli już patrzy się z perspektywy jednego tytułu albo dziennikarza, to już nie jest takie oczywiste. Kiedy dziennikarz pojawia się w jakiejś redakcji, to znaczy, że coś tym samym deklaruje. I musi się trzymać linii tematycznej. W skali jednego rynku można więc mówić o wolności, ale w skali pojedynczego dziennikarza, wydawcy - to już nie jest takie oczywiste. Nie da się ukryć, że dzisiaj pisze się pod odbiorcę. Dawniej pisało się pod decydenta. Politycznego. A dzisiaj zarzuca się wielu tytułom czy stacjom radiowym, że wspierają jakąś opcję polityczną lub z nią walczą. Tę tezę trudno obronić - można znaleźć zarówno dużo argumentów za, jak i ją obalających.

Odeszliśmy od tematu języka.

I tak, i nie, bo ciągle jesteśmy w orbicie. Z dzisiejszego punktu widzenia pierwsze numery "GW" nie stanowiły rewolucji: 20 lat w ewolucji języku to moment. W przypadku ostatniego XX-lecia zmian jest naprawdę wiele. Nie przesądzam, czy in plus, czy in minus. W historii rozwoju języka zaznaczają się okresy względnej stabilizacji i okresy raptownych przyspieszeń. Teraz doświadczyliśmy przyspieszenia. Ma to ścisły związek z przemianami politycznymi, społecznymi, technologicznymi, religijnymi, ekonomicznymi. Wszystko to, co na zewnątrz języka, wpływało na niego intensywnie i kumulowało się w nim. Jednym z najważniejszych czynników wpływających na zmianę, jest edukacja. Nastąpił szybki przyrost osób wykształconych w naszym społeczeństwie. Wydarzenie bezprecedensowe w naszej historii. Cokolwiek by powiedzieć o jakości naszego kształcenia, odsetek osób z wyższym wykształceniem musi odbić się na języku. W tej chwili mamy kilkanaście procent społeczeństwa z wyższym wykształceniem, a dla porównania - po wojnie: 40 tys. Raptem język literacki musiał przeniknąć do codzienności. Nastąpiła demokratyzacja wykształcenia i demokratyzacja w języku. Ludzie w obiegu publicznym mówią różnie: politycy, obywatele, wydawcy mówią mniej więcej tak samo. Nie do wyobrażenia było, żeby przed wojną w liceum nauczyciel do ucznia zwrócił się w języku potocznym. A dzisiaj nie tylko w szkole, na uczelni, w korporacji, na zebraniu zarządu spółki ludzie używają języka potocznego. Politycy biją pod tym względem rekordy. To jest największy znak czasów. Przyjęliśmy język potoczny jako podstawowy kod.

Co to oznacza?

To zjawisko kulturowe brzemienne w skutkach, bo obniżyły się pewne standardy. Potoczny jest nieprecyzyjny, jest byle jaki i jest to porównywalne z tym, co się dzieje w modzie i ubioru: 50 lat temu w operze i teatrze ludzie nosili najlepsze swoje ubrania, a dzisiaj idzie się do opery i we foyer spotyka się ludzi w podartych dżinsach i adidasach. Nie oceniam tego, tylko stwierdzam fakt. Oto przejaw demokratyzacji. To znak czasów - opera stała się ogólnie dostępna, język literacki również stał się ogólnie dostępny. Tylko nie na poziomie wyrafinowanym. Językiem wyrafinowanym już mało kto się posługuje - w radiu słuchamy wywiadu z wybitnym pisarzem i on mówi takim samym szemranym językiem jak my wszyscy.

Czy przykładem może być tytuł ostatniej książki Janusza Głowackiego "Przyszłem"?

Zgadza się. Tyle że Głowacki to pół biedy, bo on ma wbudowany detektor przemian w języku, ma fantastyczny słuch, jest na nie szczególnie wyczulony, zauważa je i potrafi się nimi bawić. Pilch też to ma.

Dziennikarze i naukowcy z USA grzmią, że zaczynamy tekstować, zmniejsza się nasz zasób słów i można zaobserwować językowy atawizm.

Kto tak mówi?

A na przykład Robert Siewiorek we wspominanej już „Wyborczej” - martwi się, że cofniemy się do czasów chwytnych kciuków z powodu SMS-ów. I że język zaczyna być nośnikiem kontentu, a nie znaczenia. I że technologia zarzyna język, bo zamiast mówić i pisać o emocjach, wysyłamy smutną buźkę.

Nie znam dowodów na to, że język internetu przechodzi do polszczyzny. Nie przeceniałbym wpływu audiowizualności na komunikację między ludźmi. Przy obecnym tempie rozwoju technologii trudno powiedzieć z całym przekonaniem, że za 50 lat internet będzie istniał w obecnej formie, a SMS-y będziemy pisać za pomocą dwóch kciuków. Mimo wszystko ciągle jeszcze w naszej codziennej komunikacji najczęściej, tak jak teraz, gadamy. Częściej niż dawniej rozmawiamy przez telefon. W skali globalnej wciąż jeszcze nasze rachunki za rozmowy telefoniczne są wyższe niż opłaty za SMS-y. Nie zostało również udowodnione, że język internetu, bo niektórzy twierdzą, że taki istnieje, ma wpływ na język mówiony. Nie znam twardych dowodów na to. Pamiętam, jak 20 lat temu mój znakomity kolega prof. Pisarek alarmował, że jak czegoś natychmiast nie zrobimy, Polacy za 200 lat będą mówili tylko po angielsku. Chciałbym to zobaczyć. Nie będzie mi to dane, ale chciałbym, żeby każdy Polak za 200 lat był w stanie powiedzieć "my name is”.

Jak oceniłby Pan język polskiej reklamy?

Bardzo różnie. Nie ma jednego pojęcia reklama, ale akurat czytelnikom tego medium tłumaczyć tego nie trzeba. Nie można porównywać telewizyjnej reklamy giganta, który ma nieograniczone możliwości finansowe, z ogłoszeniem prasowym jednoosobowej firmy rzemieślniczej. Reklama w Polsce w ciągu ostatnich 20 lat bardzo zmieniła, choć to truizm. Od smutnej zgrzebności do fajerwerków. Kiedy na początku lat 90. w bloku reklamowym oglądało się reklamę polskiego producenta i reklamę produkcji polskiej zaraz po reklamie międzynarodowego koncernu, efekt był porażający. Do dziś w wielu przypadkach jest podobnie, bo widać, że za zachodnimi koncepcjami stoją potężny budżet, technologia i kompetencje. Ale bez wątpienia różnice się zmniejszyły i zrobiliśmy wielkie postępy. Różnice i ewentualne szoki komunikacyjne wynikały z tego, że zagraniczne reklamy na początku lat 90. były emitowane w telewizji, rzadziej w radiu i w prasie bez szczególnych zmian. Ryzykowne jest niedostosowywanie reklamy do lokalnego rynku. To, co działa na odbiorcę szwedzkiego, może nie działać wcale albo działać odwrotnie na odbiorcę polskiego. Wielkim grzechem początków reklamy było dosłowne tłumaczenie haseł reklamowych. Mistrzostwem świata było przetłumaczenie sloganu „Coca-Cola to jest to” - ale to zrozumiałe, bo stała za tym genialna Osiecka, ale pozostałe hasła były niekoniecznie trafione. W telewizji na początku lat 90. zdarzało się mnóstwo genialnych kreacji, dopracowanych pod względem formalnym, technologicznym, ale przetłumaczonych dosłownie i przez to nieskutecznych. Polska reklama rodziła się w bólach i zdaje się, że nadal jeszcze się rodzi. Często jest niedofinansowana, a u nas firma chce mieć to na wczoraj za jedną setną tego budżetu co na Zachodzie. Polacy są niezadowoleni z reklamy, bo jest nachalna, a kultura reklamowa u nas ciągle raczkuje.

Czego w takim razie jeszcze nam brakuje?

Moim zdaniem brakuje autentycznych badań, na które trzeba wyłożyć duże pieniądze, które by pokazały, jak Polacy reagują na poszczególne słowa. Wnioskuję to po skutkach, rezultatach emisji reklamy. Ciągle jeszcze kreacją rządzi intuicja, nos, niektóre firmy próbują to robić, ale to nie jest do udźwignięcia dla jednej firmy, a jeśli już ktoś to robi, to wyniki trzyma w sejfie, bo to najcenniejsza rzecz, jaką ma. Reklamodawca ma szansę na to, żeby skutecznie i efektywnie takie badania wykorzystać. Jeżeli dzięki rzetelnym badaniom dowiaduje się, że np. zawód lekarza przez wiele lat postrzegany był przez społeczeństwo jako prestiżowy i godzien zaufania, raptem idzie w dół, to może dobrym pomysłem już nie jest, żeby kolejny środek farmaceutyczny reklamował lekarz. I w ogóle słowo „lekarz” żeby niekoniecznie pojawiało się w reklamie. Te firmy robią badania dotyczące rzeczywistości, a nie języka. Ale konsekwencją spadku wartości w rzeczywistości jest wartościowanie w języku. Firmy marketingowe powinny się zebrać i wspólnie zlecić takie badania, ale u nas nie ma takiej tradycji. To raczej tradycja amerykańska. Ale wtedy dowiedzielibyśmy się czegoś takiego o języku, że trafiałby bezpośrednio do odbiorcy. To byłoby tak skutecznie, że aż się tego boję. Dopiero reklama by wtedy trafiała do ludzi. To jest powód, dla którego reklama słowna jest w Polsce robiona na nosa. To dalej sztuka, a nie wiedza. Dalej jesteśmy na etapie verbum, bo o obrazach nie jestem w stanie się wypowiadać.

A w samej tkance językowej, w samej strukturze oprócz nowotworów językowych co Pan zauważa?

W zakresie słownictwa zmiany są najłatwiej dostrzegane przez laików, bo szybko trafiają do naszej świadomości. Łatwiej wychwycić to, że jakieś słowo się pojawiło. Znacznie trudniej zauważyć, że jakieś słowo zniknęło. A już najtrudniej spostrzec kompletną zmianę znaczenia. Na tym żerują dziennikarze i politycy, bo niezauważalnie zmieniają znaczenia. Pięknym przykładem jest mikrozmiana znaczenia słowa "rekonstrukcja", której dokonał jeden człowiek. Proszę się zastanowić, co znaczyło w języku polskim słowo "rekonstrukcja"? Zespół czynności prowadzący do tego, że coś, co przestało istnieć, odtwarza się ściśle według wzoru, który istniał, np. zabytku dzieła sztuki. Kilkanaście lat temu na konferencji prasowej miała być ogłoszona dymisja rządu. Nagle występuje rzecznik rządu i mówi, że o dymisji nie ma mowy, ale nastąpi głęboka rekonstrukcja. Żaden dziennikarz nie był na tyle przytomny, żeby zapytać: czy rządu już nie ma? Bo jeżeli następuje rekonstrukcja, to znaczy, że rządu nie ma i następuje jego odbudowa. Ludzie zrozumieli ten wyraz jako zmianę, tak, jak chciał tamten. To była świadoma gra polityczna, użył słowa obcego, ale w innym znaczeniu. Następnego dnia we wszystkich redakcjach mówiło się o tym, że nie było dymisji rządu, tylko nastąpiła rekonstrukcja. To przykład manipulacji językowej, na tyle skutecznej, że w nowym słowniku języka polskiego to słowo jest już dodatkowo tłumaczone jako zmiana. Tu się kryje niebezpieczeństwo manipulacji. Jeżeli pojawia się nowe słowo, którego nie było, często jest odpowiedzią na konieczność rzeczywistości. Jeżeli nie było telefonów komórkowych, nie było potrzeby ich nazywania. Starsze pokolenie jeszcze się nad etymologią tych słów zastanawia, ale młodsze przyjmuje to jako aksjomat, coś oczywistego.

Słowa, którym dodaje się znaczenie, to chyba nośny temat w kontekście marketingu?

W przestrzeni strukturalnej - fundamentalny temat. Świadomie zmieniamy znaczenia pewnych słów. Jeżeli zmiana znaczenia albo poszerzenie znaczenia działa na zasadzie konsensusu społecznego, czyli wszyscy zgadzamy się co do tego, że znaczenie ma prawo się zmienić, to wszystko jest w porządku. Najbardziej nie w porządku jest to, kiedy zmiana znaczenia jest spowodowana decyzją jednej osoby lub jednej grupy, która robi to w określonym celu i niekoniecznie zbożnym. A o to najczęściej podejrzewani są marketingowcy i politycy. Proszę zobaczyć na przykład, co dzieje się ze słowem "kontrolować". Za mojego dzieciństwa kontrolować można było bilety i pracę domową ucznia. I to był synonim sprawdzania. A w tej chwili czytamy w gazecie, że armia NATO kontroluje 2/3 terytorium Afganistanu. Oczywiście lepiej napisać "kontroluje", niż "okupuje".

Katarzyna Woźniak 574 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.