Czy #my to zjemy?

W ostatnim czasie social media zdominowały dwie akcje: #jedzjablka i Ice Buckett Challenge. O ile ta druga ma charakter globalny, o tyle uczestnictwo w pierwszej ma być dla niektórych potwierdzeniem patriotyzmu. Co my mamy z tej akcji oprócz ton jabłek do zagospodarowania?

W ostatnim czasie social media zdominowały dwie akcje: #jedzjabłka i Ice Buckett Challenge. O ile ta druga ma charakter globalny, o tyle uczestnictwo w pierwszej ma być dla niektórych potwierdzeniem patriotyzmu. Co my mamy z tej akcji oprócz ton jabłek do zagospodarowania?

Kto by pomyślał, że 70 proc. naszego jabłkowego eksportu stanowi rynek rosyjski? Po ogłoszeniu przez Rosję embarga na polskie jabłka (ciekawe, że mięso nie wzbudziło takich emocji) w sieci zawrzało. Dziennikarz "Pulsu Biznesu" sfotografował się z jabłkiem, a akcja błyskawicznie rozlała się na inne media, walle facebookowiczów, a w końcu zajrzała na billboardy, do gazet i domów badawczych. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, żeby dotarła tam, dokąd powinna: do sadowników i portfeli konsumentów.
Sieci handlowe nie zauważyły szczególnego zainteresowania jabłkami. Mimo hulającej w socialu akcji i znacznego obniżenia cen sprzedaż ani drgnęła. Bo patriotyzm przecież przejawia się również w jedzeniu soczystych o tej porze roku gruszek, jędrnych śliwek, a nawet pomidorów. Nawet grający na narodowych emocjach billboard sieci Intermarche nawiązujący do symboliki Solidarności szczególnie nie pomógł. No chyba że wizerunkowo, i to w odbiorze poszczególnych środowisk, bo jak to u nas nie wszystkim reklama do gustu przypadła. W kuluarach mówiło się o tym, że skrajni katolicy mieli poważne wątpliwości co do tej akcji - w końcu nawet dziecko wie, jak dla ludzkości skończyło się jedzenie jabłek w raju.
Tribal DDB stworzyło aplikację, w której figurkę Putina możemy nakarmić polskimi jabłkami, popierając to stwierdzeniem "Zakazany owoc smakuje najlepiej". Hortex z kolei ruszył z reklamą promującą soki z jabłek, podkreślając, ile owoców potrzeba do produkcji jednego kartonu. Kolejna nadzieja w cydrze, którego Biedronka w połowie sierpnia w ciągu 10 dni sprzedała pół miliona butelek.
Ale z tym cydrem to urwanie głowy. Niby to napój szlachetny, coś pomiędzy piwem a winem, może być naszym narodowym trunkiem, bo i czemu nie, ale Polska Rada Winiarstwa i Polski Związek Producentów Soków podkreślają, że bez reklamy tego trunku nie da rady wypromować go na tyle skutecznie, żeby podnieść jego sprzedaż. Do bycia liderem na rynku alkoholi również mu daleko, na czele nadal pozostają piwo i wódka. Na drodze do uchwalenia ustawy zezwalającej na reklamę cydru staje Ministerstwo Zdrowia i Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.
Producenci cydru rzekomo zadowoleni ze wzrostu zainteresowania ich markami, agencje dumne z aplikacji i akcji wspierających konsumpcję jabłek, ale sadownikom też trzeba oddać głos. Tam w końcu bije gospodarcze źródło. Polacy tylko na wallach w Facebooku lansują się z jabłkami z ogrodu. A co z tym cydrem? Embargo obejmuje jabłka konsumpcyjne, za które sadownicy dostawali 1,4 zł za kilogram. A na cydr potrzebne są również przemysłowe, takie ze skupu za 5 do 25 gr (w tym roku 14). Przecież sadownik swojej krwawicy za grosze nie odda za tak mało. Bo i oprysk potrzebny, samochód na wodę z Ice Bucket Challenge nie jeździ, cięcie zimowe i letnie kosztuje, pracownikowi trzeba zapłacić, dać mu jeść i go przenocować. O tym nie myślimy, kiedy udajemy się po pachnące jabłka na bazar czy do supermarketu albo kiedy otwieramy kolejną butelkę cydru i cieszymy się, że tani i nasz.
Największą bolączką rynku jabłecznego jest zła polityka. No, bo po kiego grzyba interesować naszymi jabłkami Wschód, skoro to Zachód powinien zabiegać o soczyste owoce z sadu Europy? Niewielki procent skupują od nas jeszcze Litwa i Łotwa, Zachód szczególnego zainteresowania nie przejawia. Co wyjątkowo dziwne, bo od kilku lat od każdego tysiąca złotych z faktur pobierano 0,1 proc. na Fundusz Promocji Owoców i Warzyw, czyli reklamę polskich jabłek za granicą. Żeby nie było wątpliwości: pobieranych od sadowników. Właścicielami przetwórni, w których powstają jabłkowe napoje i wszelakie dobra, są obcokrajowcy i to oni dyktują ceny. Oni również dostają dotacje, a nie sadownicy. I oni również sprzedają produkty jabłkowe dużo drożej na swoje rynki. Otwiera się zatem pole do negocjacji, promocji polskich jabłek za granicą, ale pozycjonowanych jako produkty premium.

Katarzyna Woźniak 418 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.