W górę serca

Film "Bogowie" Łukasza Palkowskiego jest kolejnym dowodem na to, że polskie kino w ostatnim czasie ma się doskonale.

Było wielkich Polaków wielu. Ale niewielu polskich reżyserów jest w stanie zrealizować o nich filmy, które nie będą zatrącać słowiańskim kiczem albo rezonować z wdziękiem maszyny walcowniczej. W skrócie: film "Bogowie” Łukasza Palkowskiego opowiada o tym, jak w polskich realiach zgniłoszarych lat 80. doszło do pierwszego udanego przeszczepu serca, którego dokonał niezłomny Polak-kardiochirurg.
Głównym bohaterem filmu jest Zbigniew Religa, którego nazwisko w Polsce obecnie funkcjonuje już jako synonim tej trudnej gałęzi chirurgii. Fabuła ukazuje starania wówczas jeszcze docenta o stworzenie nowoczesnego centrum kardiochirurgii, w którym leczy się choroby dyrektorów, ale też daje drugie życie.
Z rzadko spotykaną w polskim kinie mocą, zbawiennym dystansem i charakterystycznym dla (jak dotąd) amerykańskich produkcji rozładowującym napięcie humorem Palkowski kreśli obraz nade wszystko człowieka. Trudnego, czasem nieprzewidywalnego w swoich apodyktycznych zapędach pracoholika, który tam samo szybko zwalnia z roboty, jak i szybko do niej przyjmuje. Higiena jego życia również pozostawia co najmniej wiele do życzenia, a na pewno swoimi gastronomicznymi wyborami i doborem używek nie daje przykładu rzeszom swoich pacjentów, którzy w jego sprawnych rękach upatrują końca swoich cierpień. Pije nieprawdopodobne ilości kawy „z gruntem”, wypala taką ilość papierosów, że nawet publiczność w kinie zaczyna kaszleć, a w alkoholu szuka ukojenia, przy czym po sążnistym spożyciu z ogniem godnym kierowcy Formuły 1 chce uprawiać wyczynową jazdę Fiatem 125. Niespotykanie przenikliwy i inteligentny umysł jest nastawiony na jeden cel: z zaściankowego i skażonego PRL-owskim smogiem Zabrza chce uczynić światowe centrum kardiochirurgii. Ryzykuje niejednokrotnie życiem swoich pacjentów, naraża się, odbija od partyjnych ścian, niszczy życie małżeńskie. Miesza z błotem swoich współpracowników, by za chwilę chwycić zarówno ich, jak i widza za serca pełną altruizmu decyzją o dalszym podejmowaniu walki w imię rozwoju medycyny.
Palkowski nie pokazuje happy endu, ale łańcuch gorzkich zdarzeń, które do tego happy endu doprowadziły. Przecież żeby docenić i zrozumieć koniec, trzeba wrócić do początku. Sceny z sal operacyjnych są tak realistyczne i przejmujące, że wśród widzów niejedno serce drgnie niebezpiecznie. Historia budowy Śląskiego Centrum Chorób Serca jest tak nieprawdopodobna, że nawet Bareja by tego lepiej nie wymyślił. Kadry prezentujące planowanie rozkładu sal i chorych i bloku operacyjnego wśród zakurzonego gruzu i w otoczeniu świeżo upieczonych adeptek sztuki pielęgniarskiej wydają się wyjęte z surrealistycznej komedii. Okazuje się, że reżyser i scenarzysta niewiele z tych absurdalnych ujęć zmyślili, a wręcz nawet odbiorcom oszczędzili kilku niewiarygodnych dzisiaj szczegółów. Ten film powinni zobaczyć przede wszystkim ci, którzy uważają, że na świecie istnieją rzeczy niemożliwe.
Wielkim walorem filmu jest również sprawny, choć nieprzegadany rys socjologiczny, prezentujący nowatorów-chirurgów, którzy nie tylko walczą z brakiem ustaleń systemowych, ale z dużo poważniejszym wrogiem: potrzebą długofalowych zmian w świadomości samych dawców i ich rodzin. Tłumaczenie, że śmierć pnia mózgu jest śmiercią całego człowieka, brzmi w latach 80. bardziej absurdalnie niż teoria kręgów na zbożu. Przekonanie kogoś, że serce zmarłego w wypadku motocyklowym dziecka może bić w innym człowieku, generuje w rodzinach pytania o to, czy cudze serce nie zmieni osobowości odrodzonego. Bo serce to dla nich siedlisko chrześcijańskiej duszy, a nie centralny narząd układu krwionośnego.
Film wzrusza wtedy, kiedy powinien, bawi również wtedy, kiedy jest na to miejsce. Jakie to zaskakujące i nowe w polskim kinie, a jakie w oczywisty sposób amerykańskie. Przez to rzadko spotykane dotąd na naszych ekranach. No, chyba że we wcześniejszym "Rezerwacie” tego reżysera, choć teraz wyraźniejsze i śmielsze. Świetne dialogi, zaskakująco dobrze dobrana muzyka, dopracowana co do pensety scenografia, doskonałe przygotowanie aktorskie, scenariusz, który pozwala filmowi płynąć.

„Bogowie” to tytuł symboliczny, ale nie kryjący również gorzkiej humanistycznej refleksji. Dla Religi wyraźnie sformułowanie „Bóg tak chciał” jest całkowitym zaprzeczeniem sensu istnienia ludzkiej wolnej woli. Inna sprawa, że Religa był ateistą. Nie wierzył w cuda, tylko w potęgę ludzkiego umysłu i rządy chirurgicznej ręki: „Jeżeli nawet widziałem rzeczy, których nie potrafię wytłumaczyć, to nie wierzę, by stała za nimi siła wyższa. Przyjmuję po prostu, że brak wytłumaczenia musi wynikać z mojej niepełnej wiedzy.”  
Z kolei rola Tomasz Kota, o której w mediach głośno, jest optymistycznym dowodem na to, że po kilkuletnich doświadczeniach na planach polskich pożal-się-Boże produkcji rozrywkowych i sitcomów można jedną rolą radykalnie zerwać stercząca metkę celebryty, którego wyróżnikiem osobowościowym jest to, że szczerzy się na ściankach do obiektywów fotoreporterów. Napracował się Kot nad tą rolą przez wiele miesięcy, przepoczwarzył się niemal nie do poznania. Wielotygodniowe szkolenia w Aninie, wielogodzinne rozmowy z żoną Religi i jego dziećmi zaowocowały stworzeniem kreacji na światowym poziomie: metodą trochę Stanisławskiego, a trochę niezależnego aktora, który nie boi się wyzwań i ufa, że emocje i motywy postępowania człowieka są do powtórzenia, odtworzenia i ponownego przeżycia. Doskonała, spójna kreacja, świetnie oddana sylwetka profesora przypominająca spieszącego się gdzieś ciągle Quasimoda z prawym ramieniem wyżej od podwiązywania tętnic wieńcowych, ale bez przerysowań, bez patosu, bez kpiny wreszcie i nie na kolanach.
Na uwagę zasługują także świetny Piotr Głowacki i rewelacyjnie zapowiadający się Rafał Zawierucha.
Film jest doskonałym produktem do wypromowania zagranicą: pozbawiony bezsensownych podziałów na postaci dobre i złe, ukazuje polskich innowatorów jako ludzi z krwi i kości: zdeterminowanych, gotowych na wszelkie poświęcenie w imię ratowania tysięcy ludzkich istnień.
"Bogowie” pokazują również, że, mimo technicznych ograniczeń, braku pieniędzy na badania, odpowiedniego sprzętu i laboratoriów, to Polacy faktycznie wygrali w wyścigu o przedłużenie życia. Kiedy Anglicy i Amerykanie robili milimetrowe postępy w badaniach nad dozowaniem cefalosporyny, na odpowiednie dawkowanie wpadł Religa, łowiąc ryby. Świetne, krwiste, żywe, a przy tym ambitne kino. Ale najważniejsze, że polskie.  

Katarzyna Woźniak 506 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.