Austin Power

- Dość szeroko słychać głosy, że w SXSW uczestniczy się, żeby mieć poczucie bycia "cool", co nijak nie przekłada się później na naszą pracę - pisze Maciej Sobieski o festiwalu w Austin.

SXSW to jeden z najgorętszych festiwali cyfrowego świata, pod którego wielkim urokiem my Polacy jesteśmy od jakiegoś czasu. Niestety, nad Wisłą po raz kolejny przechodzi bez większego echa, a liczba rodaków biegających po uroczym Austin w Teksasie prawdopodobnie nie przekroczyła 20. Fakt ten wcale mnie nie dziwi. Przecież wyjazd na jakikolwiek zagraniczny festiwal to dla nas strata czasu.

SXSW nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. Każdy szef wyobraża to sobie podobnie – za cenę biletów, akredytacji oraz wszelkich dodatkowych (idących zapewne w tysiące złotych) kosztów, może podziwiać Instagramowe zdjęcia swoich pracowników rozmawiających z robotami, w hełmie na głowie. Ciężko z tym dyskutować. Chyba że wyciągnie się na stół kilka zupełnie nieistotnych w Polsce argumentów.

Założeniem dla powstania SXSW było stworzenie w jednym miejscu sprzyjających dla grupy nerdów (czy jak to się u nas mówi – swetrów) warunków, gdzie nieskrępowani będą mogli opowiadać o tym, co mają w głowach. Nuda. Kilka lat temu to tu wystartował Twitter i Foursquare. W ciągu ostatniego roku do Austin właśnie przeniosły się siedziby kilku największych techstart-upów. Austin is the new Sillicon Valley, a przynajmniej tak twierdzą Amerykanie. 

Co to wszystko obchodzi reklamę?

Zapędzamy się w technologii, ale próżno u nas szukać jej sensownego wykorzystania. Kolejne reklamy gadżetów komunikują sztuczne potrzebny, które nowe produkty mają zaspokajać. Dość szeroko słychać głosy, że w SXSW uczestniczy się, żeby mieć poczucie bycia "cool", co nijak nie przekłada się później na naszą pracę. Nie uważam, żeby poczucie bycia "cool" w czymś przeszkadzało, jednak pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że możemy tam doszukać się czegoś więcej.

Na przykład najbardziej wykwalifikowanej grupy focusowej (mam tu na myśli millenialsów) stłoczonej w jednym miejscu. Grupy, która w ciągu kilku dni jest w stanie wynieść na szczyt kolejnego Ubera (patrz case Lifta) albo poważnie zagrozić Twitterowi, pobierając Meerkat (aplikacje mającą wtedy niespełna 3 tygodnie) 120 tysięcy razy. Gdyby tak w mitycznym partnerstwie klienta z agencją pojechać tam i sprawdzić, co wydarzy się u nas za chwilę? Nieprzypadkowo w gronie sponsorów nie brakuje największych marek, na przykład McDonald's, Pepsi, At&T i Mazda. #marketing był jednym z 5 najpopularniejszych wśród 900 tysięcy tweetów podczas 4-dniowego festiwalu.

To, co zdaje się dodawać wiarygodności samemu festiwalowi, to model jego tworzenia, gdzie każdy ma prawo zgłosić interesujący go temat. Nie chroni to jednak, niestety, przed masą stand-upowych promocji kolejnych innowacyjnych kubków na USB czy nowych okularów Google'a. Festiwal w Teksasie jest coraz mniej sceną dla czystej technologii. Tu widać, jak w naturalny sposób technologia integruje się z kulturą, jak wspomaga kreatywność. Tu powstaje jednak pytanie, jak wiele z pomysłów i odkryć ma realne znaczenie dla szerokiej grupy naszych (reklamowych) odbiorców. Podczas festiwalu ma miejsce szereg wydarzeń nie tylko z pogranicza technologii czy start-upów. Z racji wspomnianej już niezwykłej klienteli festiwalu swoją okazję, by zdobyć nowych widzów, wykorzystują też stacje telewizyjne, przeprowadzając najróżniejsze aktywacje, jak choćby słynna podrywająca wszystkich na Tinderze bohaterka nowego filmu czy szereg offline’owych (sic!) akcji, takich jak możliwość zrobienia sobie zdjęcia na mieczowym tronie z "Game of Thrones" czy zjedzenia czegoś na szybko w Kwik E-marcie żywcem z "The Simpsons".

Czy warto lecieć za ocean?

Podczas rozmów z kilkoma uczestnikami festiwalu zazwyczaj słyszałem to samo – na SXSW ludzie czekają w ogromnych kolejkach, żeby wejść na warsztat czy wykład, na który i tak zabraknie miejsc, a którego temat nie jest niczym nowym. Wszelkie nowości (appki, technologie, rozwiązania) możemy zobaczyć online, najczęściej już jakiś czas przed festiwalem. Nie wyobrażam sobie, żeby w dobie takiego obiegu informacji jechać tam z notatnikiem i próbować "przywieźć" do Polski tajemniczą wiedzę czy umiejętności. Myślę jednak, że mając określony cel i pomysł, dobrze zderzyć go z opinią amerykańskiego, dwudziestokilkuletniego nerda, który nijak nie jest podobny do reprezentanta grupy docelowej reklamowanych nad Wisłą produktów.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.