Człowiek-głos ["Dyrdymarki" - recenzja]

"Dyrdymarki" Marka Niedźwieckiego mają swoją premierę podczas faktycznej agonii Programu Trzeciego Polskiego Radia. Wspomnienia i anegdoty nie pozostawiają wątpliwości: to okruch świata, który bezpowrotnie utraciliśmy.

Ma w swojej kolekcji 15 tysięcy płyt, słabość do zapachu paczuli, Australię zna jak własną kieszeń i wielbi Góry Izerskie. Robi bezkonkurencyjne mielone, pija wino, stroni od piwa, chyba że o smaku mango. Mówi o sobie, że bywa okropny, ale tylko wtedy, gdy się znajdzie pod ścianą. Wtedy potrafi wstać i wyjść. "A tak ogólnie jestem raczej gumbą i fafułą” - pisze. Odradza się mu bieganie, bo, jak twierdzi fizjoterapeuta, jest za wysoki: „proszę sobie wyobrazić, jakby komin biegał – tam wszystko się obrusza i panu się rozleci.” Dlatego głównie chodzi, spaceruje, przemierza. Tempo niespiesznego spaceru to również puls jego audycji. Bo w życiu Marka Niedźwieckiego nie sposób było odróżnić życia od pracy. U radiowców z zasady to dość trudne, a u radiowych dziennikarzy muzycznych – nierozerwalne. Czterdzieści lat na antenie – w przeważającej większości Trójki. Legendarna Lista Przebojów. Wiersze Haliny Poświatowskiej czytane na antenie w środku nocy – kiedy nie istniała instytucja wrzeszczącej reklamy i kwaśnych serwisów informacyjnych. Na mikrofonie Niedźwiecki wieszał kieszonkowy zegarek, który tworzył atmosferę jak na wieczorku poetyckim – intymną, autentycznie bliską. Marek Niedźwiecki jest jednym z tych dziennikarzy, który sam w sobie jest synonimem radia. A definiuje je jako medium, w którym nigdy nie wiadomo, co się zdarzy za pięć minut. Nie ukrywa, że „dawna Trójka” minęła bezpowrotnie, ale po czystkach przeprowadzonych na antenie w ciągu ostatnich czterech lat konstatuje gorzko: "Trójki już nie ma. 20 sierpnia, w wieku 58 lat, po długiej i ciężkiej chorobie zmarł Program Trzeci Polskiego Radia.”

Ostrzegam: nie ma tu żadnych rewelacji, głodnych kawałków, ploteczek, insynuacyjek. Bo i Marek Niedźwiecki nie jest osobowością z parciem na szkło – to człowiek-mikrofon. Uwielbia szare dni i powtarzalność. Mokotowski bazarek, zbieranie grzybów, muzykę, od której piękniejsza tylko cisza. Mistrz pauzy, zawieszenia, zdań prostych jak podanie ręki i olbrzymiej wiedzy, która czyni skromnym, ale pewnym swojego osadzenia. Wielokrotnie powtarza, że już nie nie musi, ale to zdanie, powtórzone w aktualnej sytuacji mediowej, napawa głębokim smutkiem. Jest znakiem, że pewna epoka bezpowrotnie się skończyła, a my wszyscy przyłożyliśmy rękę do zwapnienia i korozji tkanki „dzisiaj”. Majową cenzurę w Trójce tłumaczy w krótkich żołnierskich słowach – zresztą, co tu tłumaczyć, jeszcze Polska do reszty nie ogłuchła, a jeśli ktoś Trójce wierny, to słyszał, jak było.

Radiowe wspomnienia Niedźwiecki okrasza krótkimi anegdotami o tym, jak Madonna dostała w prezencie wódkę Chopin, a Lionel Richie żubrówkę, Katie Melua udzielała wywiadu, siedząc w taksówce w Stanach, a jego podróże po Rosji przypominają scenariusz międzynarodowego filmu szpiegowskiego.
W książce Marka Niedźwieckiego sporo melancholii, ale i dużo ciepłego uśmiechu. Przepisy na rosół, mielone, zielone curry, opowieści o smakach, zapachach i rozmowach z celnikami, kiedy z zagranicznych delegacji w czasach komuny przywoził średnio dwieście płyt. Sobie też, ale przywoził je przede wszystkim nam. To również dzięki niemu udało się komunistyczną Polskę ocalić od zdurnienia. Co dalej z tym zrobimy – trochę strach pomyśleć, jeśli zważyć, co zrobiliśmy już.

Jeśli ktoś nie wie, co utraciliśmy, na rynku mamy mnóstwo książek, uświadamiających, na czym polegał fenomen Programu Trzeciego Polskiego Radia. Wielka Litera wydała wcześniej Niedżwieckiego "Radiotę” i "Australijczyka”. Wydawnictwo Znak wydało onegdaj wspomnienia Wojciecha Manna, Magdy Jethon czy świetne i skompresowane anegdoty Marcina Gutowskiego. Dobrze, że choć papier przechowuje. Symptomatyczne, że patronat medialny nad książką objęło Radio Nowy Świat, którego zrąb stanowią dziennikarze wyrzuceni lub zmuszeni do odejścia z Trójki. Słuchacze domagają się usłyszenia Niedźwieckiego na antenie. Na razie dziennikarz nie odpowiada, nie deklaruje. Przecież nic nie musi. 
W "Dyrdymarkach” znajdziemy Niedźwieckiego opowieści o sobie, wspomnienia z rodzinnego Szadka, trochę posypki dawnych lat – a to wszystko bez lokowania produktów, apartamentów, porsche i tak ohydnej dziś antenowej pozy. Spomiędzy wspomnień wyłaniają się od czasu do czasu te typowo radiowe, na które już mogą sobie ostrzyć zęby miłośnicy (byłej) Trójki. One bez wątpienia ucieszą. Od czasu do czasu pobrzmiewają jednak trochę jak flashback, cień żalu, zduszona tęsknota. Niedźwiecki skrzętnie ją skrywa, zbyt elegancki jest na darcie szat, zbyt godny na rejtanienie. Z czułością wspomina, ale już nie pobrzmiewa bólem. Już wystarczy.

Teraz nas zaboli. W każdym razie powinno – ale to i tak rodzaj bezlitosnej łaski, na którą nie wiadomo, czy jako branża, obywatele, ludzie w ogóle – zasłużyliśmy.

Marek Niedźwiecki, "Dyrdymarki, czyli ja już nic nie muszę”, Wielka Litera, Warszawa, 2020.

Katarzyna Woźniak 562 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.