Jerzy Kapuściński: Kino to wspólnota

Pandemia wywróciła modele dystrybucyjne do góry nogami i raptownie zahamowała rozwój potężnego przemysłu filmowego. Jak będzie wyglądał przemysł filmowy po pandemii i jak funkcjonuje film wyjęty z kina - mówi producent Jerzy Kapuściński.

"MMP": Rozmawiamy w dziewiątym miesiącu pandemii. Na razie oprócz kolejnych kłopotów i obostrzeń nic nowego się nie narodziło. Czy zgadza się pan, że kino mierzy się z problemem największym od wojny?

Jerzy Kapuściński: To nie jest przesada. Dla kina to jest katastrofa.

W obowiązującej narracji szczególne znaczenie ma hasło „narodowy”. Nagrody, festiwale filmowe, nominacje do Oscara, Agnieszka Holland na miejsce Wima Wendersa – to wszystko dowody, że kino w Polsce to już nie gałąź przemysłu ani potężnej rozrywki – to swoiste dobro, za przeproszeniem, narodowe.

Dobrze, że pani to zauważa. Szkoda, że nie dociera to do ludzi, którzy zajmują się polityką i ekonomią. Z tym, co przyniósł ten rok, nikt jeszcze się nie mierzył. Przypomina to katastrofę porównywalną do wojny, bo cały system funkcjonowania przemysłu filmowego obowiązujący do tej pory w Polsce i na świecie, był oparty na kinach. A w Polsce w szczególności. Zamknięcie kin na wiele miesięcy całkowicie niszczy ten model. Już po pierwszym lockdownie widać było, że widzowie nie wracają do sal tłumnie. Ponowne zamknięcie kin jest niebywałym ciosem – odbudowa frekwencji może potrwać wiele lat. Pierwsze efekty w Polsce widać: produkuje się mniej filmów. Będzie mniej środków na produkcję filmową, bo mniejszy dochód z kin albo jego całkowity brak powoduje mniejszy napływ środków do PISF-u. Oznacza to mniej reklam w mediach. Choćby po tym widać, że branża to naczynia połączone, a mianownikiem są finanse. Moim zdaniem największy problem będzie z większymi produkcjami - zebranie dużych środków przy małej dystrybucji będzie niemożliwe. Do tej pory dystrybutorzy oferowali producentom tzw. minimum gwarantowane, czyli wszystko działało w modelu MG. On uzupełniał budżet filmu. Będą maleć środki, które dystrybutorzy przeznaczą na reklamę. Polskie kino do tej pory trzymało się bardzo dobrze, ale wyniki frekwencyjne były oparte w głównej mierze na multipleksach. Załamanie się systemu widać po historii filmu „Sala samobójców. Hejter” - który po pięciu dniach zszedł z afisza, choć miał wielkie szanse na dużą widownię.

Wpływy z biletów były obliczone na produkcję kolejnego filmu Komasy.

Tak, a dodatkowo „Hejter” był realizowany bez środków PISF, a więc nie da się tych strat odbudować. Pandemia spowodowała poszukiwanie nowych kanałów dystrybucyjnych. „Hejter” jest eksperymentem – to pierwszy w Polsce film, który po premierze szybko trafił do kanałów VoD, ale też koproducenci, czyli TVN i Canal+, zaoferowali swoje kanały do dystrybucji. Zależało nam też na wykorzystaniu promocji, bo filmowi towarzyszyła duża kampania. Wiele filmów znalazło się w podobnej sytuacji, a niektóre nie doczekały premiery kinowej. Bez wątpienia na nowych zjawiskach skorzystały serwisy streamingowe.

Disney+ szacuje, że w 2024 r. będzie miał 350 mln subskrybentów.

No właśnie, ale „Hejter” oglądany na ekranie laptopa albo komórki jest już zupełnie innym dziełem. Będzie cieniem tego filmu.

Czy wobec tego nie mamy do czynienia z redefinicją klasycznego pojęcia kina? Bo według reguł to ciemna sala, ekran i wspólnota widzów. Film jako twór wielotworzywowy operuje m.in. przestrzennym dźwiękiem, ale i jakimś stylem odbioru, który wymusza.

Mam podobne refleksje, choć trudno rozważać, co będzie, bo wciąż jesteśmy w trakcie zmian. Kino jest naturalną przestrzenią dla filmu. Idealną. Postprodukcja „Hejtera” była skomplikowana, a pełnię jego walorów można docenić tylko w kinie. Abstrahując od jego sensu i przesłania. Widz został tego pozbawiony. Ten film już nigdy nie będzie miał pełnej percepcji, jaką powinien mieć i mógłby mieć. Część filmów musi mieć salę kinową z dobrym dźwiękiem. Wówczas widz staje się częścią jakiejś wspólnoty. Przewiduję, że powrót do kin po przerwie będzie wiązał się ze zmianą modelu biznesowego. W multipleksach będą wyświetlane wielomilionowe blockbustery. Boję się, że znikną z nich filmy artystyczne, przeznaczone dla widzów bardziej wrażliwych i poszukujących innych formalnych rozwiązań. A to one rozwijają sztukę filmową. Jeszcze mocniej wobec tego zaznaczy się podział na kino arthouse'owe i komercyjne. Po pierwszym lockdownie dystrybutorzy czekali na decyzję amerykańskich dystrybutorów w kwestii dużych produkcji. James Bond dorobił się w związku z tym szeregu anegdot o odraczaniu premiery. Polskie filmy również czekają na spotkanie z widownią. Część filmów się niestety starzeje. Dzieła sztuki mają też swój czas, a kiedy muszą zbyt długo czekać na kontakt z odbiorcą ich sensy i walory nikną.

Bledną.

Albo są inaczej odbierane. Zawsze zwracałem uwagę na właściwy czas premiery filmu. Trzeba umieć wstrzelić się we właściwy moment. Mam jednak pewność, że kino przetrwa. Na pewno przetrwają małe, kameralne kina, wierzę też, że kino arthouse’owe się obroni. Globalny ruch wśród kinomanów jest tak silny, że sztuka filmowa nie zginie. Częścią arthouse’owych produkcji są festiwale filmowe. One się bronią, szukają nowych formuł. Model hybrydowy łączy pokazy z udziałem publiczności ze streamingami czy wirtualnymi salami kinowymi. To nowe i niezmiernie ciekawe zjawiska. Dla badaczy kina ten czas to będzie rarytas - do analizy i badania. Bo na naszych oczach dzieje się rewolucja.

Jak pandemia wpłynie na poetykę powstających filmów? Wrócą wąskie kadry bergmanowskie, kameralne sceny, na czoło wysuną się produkcje psychologiczne?

O wszystkim na razie można tylko gdybać. Moja rola - producenta w Studiu Munka - jest szczególna, bo zajmujemy się debiutami. Studio działa w strukturach Stowarzyszenia Filmowców Polskich, realizujemy filmy o skromnych budżetach o współczesnej tematyce, ale uniwersalne, czytelne w różnych kulturach. Nie przeczuwając tego, co się wydarzy, wypracowaliśmy kilka lat temu model funkcjonowania opartego na mniejszych budżetach, ale stawiającego na jakość produkcji. Efektami tego modelu są chociażby „Supernova” Bartosza Kruhlika czy „Eastern” Piotra Adamskiego. W Studiu Munka powstają filmy, które mają inną promocję, bardziej dopasowaną do specyfiki debiutów, ale szukają widzów w różnych kanałach dystrybucji, odnoszą sukcesy na festiwalach. Współpracujemy też z partnerami telewizyjnymi, szczególnie z Canal+ i TVN. W tym pandemicznym roku było widać, że nasze debiuty wędrują po całym świecie: „Supernova” była   nagradzana festiwalach w Irlandii, Meksyku, a w Punie w Indiach Bartosz Kruhlik dostał główną nagrodę za reżyserię. Film wygrał też festiwal debiutów w Koszalinie. Film Katarzyny Warzechy „We Have One Heart” dostał Złotego Hugo za najlepszy dokumentalny film krótkometrażowy w Chicago. Będzie mu towarzyszyła kampania promocyjna w Stanach Zjednoczonych, bo to nagroda kwalifikująca do Oscara. A Kasia Warzecha została też nagrodzona w Meksyku i Luksemburgu. „Synek” Pawła Chorzępy był nagrodzony na Węgrzech i w Hiszpanii, dostał Srebrnego Lajkonika w Krakowie. „Alicja i żabka” Olgi Bołądź wygrała Konkurs Filmów Krótkometrażowych na 45. Festiwalu Polskich Fabularnych w Gdyni. To niewielki procent tego, co się dzieje w Studiu Munka.

Jerzy Kapuściński i Olga Bołądź ze statuetką za Alicję i żabkę (nagroda główna za krótki metraż na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni)
Jerzy Kapuściński i Olga Bołądź ze statuetką za Alicję i żabkę (nagroda główna za krótki metraż na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni)
Nieźle jak na pandemiczny rok, który miał wszystko zamordować.

Polskie filmy żyją, podróżują po świecie. Ruch i wokół filmów jest niezmiennie duży, a widzowie nieustannie szukają kontaktu z dobrym kinem. Nowy program Studia Munka „60 Minut” od początku zakładał różne formy dystrybucji, na VoD, festiwalach, w kanałach telewizyjnych. Pandemia spowolniła realizację naszych filmów. W tym roku zrobiliśmy zdjęcia tylko do jednej „sześćdziesiątki” – właśnie jest montowana, a premierę przewidujemy w 2021 r. Przez dwa lata powstają średnio cztery filmy. W tym roku udało się zrealizować zdjęcia do debiutu Marcina Filipowicza pt. „Braty”. Ciekawa estetyka, czarno-biały film opowiadający o wchodzeniu w dorosłość, o dojrzewaniu. Ten nurt, zwany „coming of age”, jest istotny również w kinie światowym. Reżyser „Bratów” szuka nowego widza, młodego i wrażliwego. W 2021 r. mamy nadzieję rozpocząć  zdjęcia aż do trzech filmów z tego cyklu. Dwa z nich to pełnometrażowe debiuty autorów bardzo interesujących krótkich metraży powstałych w naszym Studiu – Agnieszki Elbanowskiej i Damiana Kocura. Trzeci z nich to propozycja znanego duetu teatralnego: Paweł Demirski i Monika Strzępka.
 
Każdy z projektów w tudiu szuka innego języka filmowego. Jeszcze przed pandemią Netflix zmienił myślenie o młodym widzu i docieraniu do niego. Chodzi o znalezienie wspólnoty estetycznej, wspólnych wartości, twórców i widowni. W Studiu Munka realizujemy filmy bardziej kameralne, autorskie, aby w kinach, oprócz dużych produkcji, istniał też obieg alternatywny. Paradoksalnie pandemia może wpłynąć na odnowienie kina. Od lat staramy się przyspieszać kontakt filmu z widownią, szukamy też partnerów poza kinematografią. Pandemia przyspieszyła proces, który my zaczęliśmy realizować już wcześniej. W Studiu Munka pojawia się mnóstwo zdolnych, młodych ludzi, którzy po skończeniu szkoły filmowej są gotowi debiutować. Mam wrażenie, że talenty te wkrótce wybuchną.  

Jak „Supernova” Kruhlika.

Już po jego krótkich metrażach widać było, że zapowiada się świetny reżyser. Zszokowało nas pierwotne wyrzucenie tego filmu z selekcji w Gdyni w 2019 r. Na szczęście film ostatecznie znalazł się w konkursie, co więcej, dostał nagrodę za debiut i stał się wydarzeniem tego festiwalu. Chciałbym, żeby selekcjonerzy oraz jury w Gdyni z większą życzliwością spoglądali na debiuty. Niektórzy komentatorzy piszą, że na tegorocznym festiwalu w Gdyni pojawiły się nowe twarze i nazwiska. To nie jest do końca prawda. Mariusza Wilczyńskiego niezwykle cenię, ale „Zabij to i wyjedź z tego miasta” to nie debiut. Debiutant to ktoś, kto robi pierwszy film po szkole filmowej. Bardzo się cieszę z nagrody dla Mariusza, ale to jest festiwal filmów fabularnych. Wolę, żeby dostał Oscara za animację, bo wówczas nie będziemy mylili tworzyw. Organizatorzy chyba też zapomnieli, że Iwona Siekierzyńska zadebiutowała w 2000 r. „Moimi pieczonymi kurczakami”, dostała zresztą w Gdyni nagrodę. Mam wątpliwości, czy mówimy o autentycznych debiutach. Mnie tegoroczny festiwal w Gdyni przygnębił – co to za przedsięwzięcie, jeśli krytycy, a zwłaszcza widzowie nie mogą obejrzeć filmów? Kilka ciekawych debiutów nie pojawiło się w konkursie głównym, nie wiadomo dlaczego. Na pewno by wzbogaciły obraz polskiego kina w 2020 r.  

Festiwale odgrywają wciąż olbrzymią rolę. Millennium realizowany w formie hybrydowej umożliwił ludziom z małych ośrodków uczestnictwo w festiwalu. Przesunięta Gdynia już nie miała tak dobrej prasy.

Mam smutne wrażenie, że w tym roku festiwal w Gdyni jakby nie istniał. Festiwal musi istnieć w mediach, musi żyć. Pierwsze publiczne pokazy filmów w Gdyni miały zawsze duże znaczenie. Pierwszy odbiór kształtował chociażby linię promocji. Miałem wrażenie, że tegoroczna Gdynia to rozpaczliwy wysiłek, który niewiele daje polskiemu kinu. W tym roku za to udało się ocalić Festiwal „Młodzi i Film” w Koszalinie. Mógł się odbyć normalnie, oczywiście z zachowaniem obostrzeń. Ludzie przyjechali, oglądali filmy, żywo o nich dyskutowali, bawili się – to jest prawdziwe święto kina. Plus czołówka młodych polskich reżyserów i krytyków. To wszystko tworzy atmosferę. Kino ma włączać, nie wykluczać. Kino jest o wspólnocie. To było jak oaza normalności w tym nienormalnym roku. Moim zdaniem festiwal w Gdyni popełnił błąd z przesunięciem terminu. We wrześniu miał jeszcze szansę. Na festiwalach najważniejszy jest kontakt twórca-krytyk-publiczność. Dyskusje, debaty. Pocieszam się tym, że kino radzi sobie na wszelkie możliwe sposoby. Ożył na przykład gatunek seriali, a one przez ambitnych twórców wykorzystywane są coraz częściej do autorskich wypowiedzi. Pisarze zaczynają współpracować ze scenarzystami. Pandemia zatem spowodowała większą otwartość twórców.

Mówiliśmy o uniwersalizmie jako słowie-kluczu, który daje polskiemu kinu szansę zaistnieć za granicą. Jakie wyznaczniki wyobraźni młodych reżyserów są dla pana dowodami, że idziemy w stronę uniwersalizmu?

Na podstawie filmów, które powstają w Munku, można to wykazać. „Braty” Filipowicza – film o dojrzewaniu i poszukiwaniu własnego głosu może być zrealizowany w blokowiskach Warszawy, ale równie dobrze Paryża czy Chicago. Gus van Sant też takie realizował. Dojrzewanie to proces – pokazuje jednostkę w kontekście: rodziny, świata, własnej tożsamości. Czekamy też na debiut sylwestra Jakimowa „Jakoś to będzie” – na wskroś polski film, jeżeli chodzi o klimat, ale uniwersalny w swojej wymowie. Opowiada o outsiderach z pokolenia trzydziestolatków, którzy wychowywali się w okresie transformacji – kiedy odchodziła szara opresyjna Polska, a zewsząd pojawiały się nowe możliwości. Ale nie dla nich. Bohaterowie to ludzie z wielkiej płyty z Bałut, Częstochowy, z Pragi, ale też z mniejszych miast. Ludzie, którzy trafili na fatalny moment, nie dotarły do nich transformacyjne frukta.

Uciekł im pociąg.

I kombinują, jak i za co żyć. Mieszkają wciąż z rodzicami, z całą rodziną, stają w kolejce po zasiłki, choć trudno im odmówić inwencji i jakichś zdolności. Z powodu życiowej konieczności podejmują się drobnych kradzieży albo wciąż szykują się na wielki skok. Film Jakimowa będzie komedią zrealizowaną w duchu braci Kondratiuków, ale ostrzejszy. Takiego filmu nie było w Polsce od lat. Międzynarodowa kariera naszych produkcji dowodzi tego, że w kinie umiemy mówić językiem uniwersalnym. W Indiach po obejrzeniu „Supernowej” wszyscy się dziwili, że w Polsce też mamy skorumpowanych urzędników i że znamy doświadczenie zderzenia jednostki z systemem. „Eastern”, dystopia realizowana na przedmieściach Warszawy, mogłaby spokojnie wydarzyć się i w Ameryce – tam szczególnie, bo ten kraj ma poważny problem z bronią. Te filmy poszukują innego języka, adekwatnego do idei, uwspółcześniają go, bazując na estetykach współczesnych. Bo i sami twórcy są konsumentami Netfliksa czy HBO i współczesnej popkultury w jej całym bogactwie. Na naszych oczach dokonuje się zmiana estetyki. W Studiu Munka staramy się ten proces wspierać, a jednocześnie dbać, żeby obrazy debiutantów nie zatracały swojego autorskiego stempla i odwagi w myśleniu o kinie. Duet Strzępka-Demirski szykuje bombę.

W pandemii to niebezpiecznie pojemne określenie. Proszę doprecyzować. 

Scenariusz „Zaprawdę Hitler umarł” oparty jest na pomyśle, że Niemcy wygrały drugą wojnę światową. A w filmie Agnieszki Elbanowskiej wojska obrony terytorialnej werbują młodych, szukających swojej drogi w świecie, w którym wojna jest na razie tylko odgrywana. Ten projekt nosi tytuł „Chcesz pokoju, szykuj się do wojny”. Zadziorny i odważny. Bardzo czekam też na ściszone, intymny film Piotra Złotorowicza „Wiarołom”, który poszukuje wrażliwego widza. Wszystkie te filmy będziemy mogli poznać w sezonie 2021/2022.

Od początku roku liczymy na pomoc państwa. Ale na razie maseczki szyliśmy sami, respiratory też ze zrzutek. Po odmrożeniu kin wystartowała kampania „Chodźmy do kina”, ale w kinach nieszczególnie się zagęściło.

Ten problem dotyczy też teatrów. Nie da się zrealizować żywego spektaklu online. Tak samo jak nie da się zrobić prawdziwego festiwalu filmowego tylko w sieci. Myślę, że trzeba cały czas tworzyć atmosferę oczekiwania na powrót do kina, na dzieła, które tam się pojawią. Parę lat temu bodaj Wim Wenders na jednym z festiwali nawoływał młodych widzów, żeby nie oglądali filmów w komórce lub laptopie. Bo to erzac, nieprawda, to nie jest prawdziwy film. Film można oglądać w pełni tylko w kinach, w dobrych warunkach. Obraz, dźwięk, światło projektora – to są niuanse nie do wychwycenia na głośnikach i ekranach w domu. Osobiście myślę, że prawdziwy seans w kinie przeżywa się wtedy, kiedy jest ktoś obok nas. Ludzie przychodzą do kina nie tylko po to, żeby żuć popcorn.

Inni widzowie w kinie są dla nas lustrem - czasem skrzywionym, ale lustrem.

Na pewno pani zauważyła, jak ważna jest reakcja tłumu – niektórzy biją brawo albo wychodzą z seansu w grobowej ciszy. Ciągle szukamy nowych przeżyć estetycznych. Teatr daje na przykład kontakt z żywym aktorem. Inaczej odbiera się koncert w NOSPR-ze, inaczej w Studiu imienia Lutosławskiego, a jeszcze inaczej w kościele. Systemy nagłośnieniowe, nowe technologie ekranu – ktoś to wszystko po coś wymyślił. Do kina kiedyś się chodziło jak do świątyni. Pamiętam w Warszawie seans „Człowieka z marmuru” Andrzeja Wajdy, na który to film cenzura ostrzyła sobie zęby. Nie tyle go zakazała, ale drastycznie ograniczyła dystrybucję - był dostępny tylko w kilku kopiach. Byłem wtedy na studiach, czekałem w kolejce, żeby go zobaczyć. Tak samo było z „Sanatorium pod klepsydrą” Wojciecha Jerzego Hasa. Wyobraża sobie pani projekcję tego filmu na komórce? Nie zobaczy pani nic, co stanowi o wartości tego obrazu. Pandemia sprawiła, że zyskaliśmy sporo czasu, który spędzamy w domu. Ja przeznaczyłem go na odświeżenie sobie niektórych filmów lub nadrobienie zaległości. Zacząłem oglądać klasykę od początku i to jest ciekawe zjawisko: sceny, które się z filmu zapamiętało, teraz, po latach doświadczeń, widzimy zupełnie inaczej. Oglądam też całe serie autorskiego kina narodowego. Ostatnio zafascynowała mnie rumuńska nowa fala. Mieliśmy kiedyś kino moralnego niepokoju, Rumuni mają teraz nurt, który fantastycznie opisuje współczesną rzeczywistość: społeczną, polityczną, obyczajową. To niebywale analityczne kino, spójne, przeżyte, przemyślane, a jednocześnie poprzez ujęcia i poruszane tematy - uniwersalne. U nas w Polsce też byli reżyserzy z tak wyostrzoną na wychwytywanie niuansów aparaturą. Rumuni mają inną estetykę, ale posługują się tym samym, co my onegdaj precyzyjnym mechanizmem społecznego diagnozowania.  

W pandemii szuka pan nadziei.

Raczej w kulturze, jako jej uczestnik. Myślę o tym, jak polskie kino ma szansę się rozwijać. W Polsce obecnie stępiony jest czuły mechanizm, jakim posługiwał się niegdyś Krzysztof Zanussi – badał inteligencję odbiorcy, na niej operował. Krzysztof Kieślowski był wybitnym obserwatorem. Zaczynał od kina dokumentalnego genialnie rejestrował nastroje w klasie robotniczej, ale też wśród inteligencji. Tamto kino potrafiło przełożyć język dokumentu na fabułę. Kiedy przyjrzeć się historii kina tamtych czasów, wyrastamy na światowych innowatorów. Zabiegi, jakie podejmowali twórcy w takich filmach jak „Życiorys”, „Blizna”, „Personel” Kieślowskiego czy „Wodzirej” Feliksa Falka, „Jak żyć” Marcela Łozińskiego – to rozwiązania na miarę globalnej rewolucji filmowej. Współcześnie tym tropem idą Agnieszka Elbanowska i Damian Kocur, którzy przygotowują się do debiutu w Studiu Munka. Uwielbiam, kiedy młodzi twórcy wychwytują linie łączące z przeszłością i podążają nimi albo świadomie od nich odchodzą. Aktualnie polskie społeczeństwo jest w trakcie rewolucji – społecznej, obyczajowej. Masowe protesty kobiet i młodzieży pokazują, że młode pokolenie absolutnie nie przystaje do modelu, w który za wszelką cenę próbuje się je wtłoczyć. Teraz się u nas wszystko zmienia, w związku z tym potrzeba nam czujnego reżyserskiego oka – nie zrobi tego telewizja, choć na przykład TVN ma świetnych reportażystów. To musi być działanie na głębszej tkance, subtelniejsze, ale i odważniejsze. Potrafią to Bartosz Kruhlik, Agnieszka Elbanowska, Monika Strzępka, ale i Piotr Domalewski, który zrobił u nas „60 kilo niczego” i „Cichą Noc”. Mają ten dryg co Kieślowski czy Falk. Mam czasem żal do polskiej krytyki, że tego nie wyłapuje.

Continuum.

Młoda krytyka jest wychowana estetycznie na wyśmienitym skądinąd kinie festiwalowym z całego świata. I wówczas osadza polskie filmy w kontekście światowym. I tak, oczywiście, to też jest słuszne, ale brakuje mi spojrzenia w polskie kino w głąb. Bo nie mamy się czego wstydzić. Brakuje mi spojrzenia na kino przez pryzmat jego tradycji. Kiedy dziś pokazuje się w Nowym Jorku filmy polskiej szkoły filmowej, na projekcje przychodzą najwięksi światowi reżyserzy i operatorzy. I podziwiają. Dyskutują o tym, co w latach 60. robili Has, Konwicki, Kawalerowicz czy Munk. Moim zdaniem w Polsce za mało się szuka dialogu pokoleń filmowych, trzeba przypominać dawne filmy i odczytywać je na nowo. Niedawno oglądałem film dokumentalny o amerykańskim reżyserze Peterze Bogdanowiczu. Całe pokolenie młodych gwiazd amerykańskiego kina analizuje i komentuje dawne filmy Bogdanowicza – z szacunkiem, fascynacją.

Taki film chciałby pan w Polsce zobaczyć?

Właśnie taki. Że zasiada kilka młodych gwiazd polskiego kina i komentuje twórczość Jerzego Kawalerowicza albo wczesne filmy Krzysztofa Zanussiego. Bogdanowicz ma 80 lat, już nie robi filmów, ale wychowali się na nich kinomani, którzy potem stali się reżyserami, jak chociażby Quentin Tarantino, Noah Baumbach czy Wes Anderson. Komentują film powstały w 1981 r. jako wielki hołd dla Nowego Jorku. Brakuje mi w polskim kinie refleksji o tym, co wpłynęło na wyobraźnię i świadomość twórczą współczesnych filmowców. Ale również polemiki z tamtą tradycją. Tęsknię też za takim podejściem w komentarzach młodej krytyki.

Jaki był pierwszy film, który pan zobaczył w kinie i został w panu na zawsze?

Wiele było takich filmów. Najlepiej jednak zapamiętałem „Matnię”  Romana Polańskiego. Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum i ten film zrobił na mnie ogromne wrażenie.  

Czego panu życzyć na nowy rok, kiedy wciąż trwa pandemia? 

Żeby Studiu Munka nie zabrakło środków na wspieranie młodych, ambitnych twórców. I żebyśmy wszyscy zdrowi byli.
 
Rozmawiała: Katarzyna Woźniak
 
Zdjęcia: Sylwia Olszewska, Stowarzyszenie Filmowców Polskich
 
JERZY KAPUŚCIŃSKI - dyrektor Studia Munka działającego przy Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1991 r. przez kilka dekad związany z TVP, gdzie pełnił m.in. funkcje kierownika redakcji widowisk artystycznych, publicystyki kulturalnej, teatru i muzyki poważnej, kierownika działu programów artystycznych w TVP2, zastępcy dyrektora ds. programowych TVP Kultura (2005-2008) i wreszcie dyrektora Programu II TVP  (od lipca 2011 r. do końca 2015 r. ). W latach 2008-2011 był dyrektorem Studia Filmowego "Kadr". Od 2011 r. członek Rady Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Członek Polskiej Akademii Filmowej i Europejskiej Akademii Filmowej (EFA).
Katarzyna Woźniak 574 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.