Wszystko za normalność - rozmowa z Michałem Wróblewskim

Minie trochę czasu, zanim kino wróci na tory, po których mknęło przed pandemią. Zakres konsumowania kultury online znacząco się poszerzył - o możliwych skutkach wypartej społecznie traumy, możliwościach rozwoju kina i budowaniu wspólnoty rozmawiamy z doktorem Michałem Wróblewskim.

MMP: Można odnieść wrażenie, że z dnia na dzień ktoś jednym przyciskiem wyłączył pandemię. Jednego dnia odległości, zamknięte restauracje, puste centra miast. Następnego – tłumy w ogródkach, kolejki do stolików. Czy uczucie społecznego lęku, w którym trwaliśmy od ponad roku, można wyłączyć, ot tak?

Michał Wróblewski: Emocje społeczne w Polsce falowały. Jak przyjrzeć się badaniom nad naszym stanem emocjonalnym, widać, że na początku, przy pierwszym lockdownie, dominował strach. Ale każde emocje się zmieniają. Po tygodniach zamknięcia, pracy zdalnej i niepewności w Polakach zaczęły dominować zmęczenie i frustracja. Mam wrażenie, że Polacy raczej nie boją się już pandemii, są bardziej zmęczeni siedzeniem w domu i poczuciem niejako wykluczenia ze sfery publicznej. W zasadzie nie dziwi mnie to, że Polacy tłumnie i ochoczo ruszyli do restauracji. Przecież w Warszawie ogródki otwierały się już minutę po północy. To było jak sylwester. Miałem skojarzenia z oczekiwaniem na koncert, kiedy bramki są jeszcze zamknięte, a widzowie przestępują już z nogi na nogę. To oczywiste, że wszyscy chcą wyjść z domu i tylko czekają na zielone światło. Jedyne, co nas powstrzymuje, to to, że nie ma dokąd pójść, bo wciąż jeszcze mamy pozamykane wszystko, co dotąd utożsamialiśmy z wolnością i odpoczynkiem. Najlepszym przykładem takiej tęsknoty jest rozbudowane podziemie imprezowo-kosmetyczne, o którym już krążą legendy. Jak ktoś bardzo chciał, to znalazł imprezę, restaurację i miejsce, w którym mógł zrobić sobie manicure. Myślę, że Polacy już raczej nie boją się koronawirusa.

MMP: Tyle że kiedy otworzyły się ogródki, to wciąż mieliśmy 200 zgonów dziennie. Habituacja widać zrobiła swoje, bo liczny przestały nas porażać. Przy tym, póki co, nie jesteśmy rekordzistami pod względem wyszczepienia populacji. A przecież paradoksalnie zagrożenie nie minęło. Czy to, co się z nami teraz dzieje, to pauza wciśnięcia w trwałym przeżywaniu tego, co nas globalnie dotknęło, czy to zachowanie charakterystyczne dla odreagowywania stresu posttraumatycznego?

M.W.: To dobre pytanie, sam się nad nim zastanawiam. W Instytucie Socjologii UMK przeprowadzaliśmy badanie dotyczące postaw Polaków wobec pandemii. I jednym z pytań było to o statystyki zgonów i zakażeń. Czy, zdaniem respondentów, te wyniki są zaniżone, czy zawyżone. 45 procent respondentów odpowiedziało, że zawyżone. Polacy tym danym nie ufają. To jedno. Polska, jeśli chodzi o kraje Unii, ucierpiała na pandemii najbardziej pod względem liczby zgonów, licząc również te nadmiarowe. Z drugiej strony to nie wywołało żadnej wyraźnej reakcji społecznej. We Włoszech, kiedy masowe zgony dziesiątkowały Lombardię, ludzie się garnęli, żeby wspólnie zapalać świeczki. Odprawiali swoje rytuały żałobne. U nas nic takiego nie było. Ani zbiorowej tragedii, ani przeżywania. Nie krytykowaliśmy również rządu za to, że nie poradził sobie z pandemią, o czym najlepiej świadczą właściwie niezmienione słupki poparcia partii politycznych. Być może wynika to z tego, że zbiorowo przepracowujemy traumę na zasadzie wyparcia, nie przyjmujemy do wiadomości skali tragedii. Nie poparłem tego żadnymi badaniami, więc raczej odpowiem jeszcze z poziomu mojej intuicji. Mam wrażenie, że kwestia ryzyka śmierci związanego z koronawirusem jest mniej dojmująca niż potrzeba powrotu do normalności. Być może Polacy się godzą na to: dobra, może i nasza ochrona zdrowia słabo działa, może mogę umrzeć, ale ważniejsze jest dla mnie to, żebym mógł prowadzić swój biznes i wyjść z domu niż kurczyć się ze strachu przed śmiercią w czterech ścianach. Fatalistyczne to podejście: no trudno, najwyżej ktoś umrze, ale będziemy żyć normalnie. Więc być może ludzie godzą się z ryzykiem po to, żeby wrócić do przedpandemicznej normalności. Nie wiem, która odpowiedź jest bliższa prawdy, bo w zasadzie trudno byłoby to zbadać.

MMP: To ciekawe, bo łatwiej było nam opłakiwać ideę, kiedy umierała Trójka, a pod budynkiem zbierali się ludzie, zapalali znicze i kładli kwiaty, narażając się nie tylko na zakażenie, ale i na mandat. Społeczność opłakała swoje centrum, żeby zrobić coś, żeby przedłużyć trwałość wspólnoty.
M.W.: To ciekawy przykład, choć opłakiwanie idei trudno porównać z opłakiwaniem realnych ofiar. Jak się przyjrzeć zachodnim społeczeństwom, nasuwają się ciekawe wnioski. Zbiorowe przeżywanie traumy może zostać wywołane jakąś inicjatywą oddolną albo odgórną. Przykład może też iść z góry, bo jest np. konsekwencją realizowania polityki historycznej. Temat żołnierzy wyklętych jest tu najbardziej obrazowy. Odgórnie projektuje się upamiętnianie. Oddolnie to jest z jednej strony utrudnione z uwagi na słabo rozwinięte więzi społeczne i lokalne, a ta część społeczeństwa tzw. obywatelskiego w Polsce jest słabiej rozwinięta niż na przykład we Włoszech i Francji. W związku z tym nie ma za bardzo na czym budować oddolnych inicjatyw pamięci. Z kolei odgórne inicjatywy są problematyczne dla władzy. Upamiętnianie ofiar pandemii pośrednio przecież wskazuje na to, że rząd sobie z nią nie poradził. Jeśli chodzi o rozważania nad traumą zbiorową, chyba najlepsze przykłady pokazuje Andrzej Leder w książce „Prześniona rewolucja”. Leder podkreśla tam m.in., że po 45 r. społeczeństwo mocno się przetasowało, powstał szereg podziałów, lecz pomimo ich doniosłego charakteru nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z olbrzymiej roli jaką odegrały w naszej historii. Trudno powiedzieć, do czego może doprowadzić wyparta zbiorowo trauma. Jakimś efektem tego wyparcia jest to, że Polacy raczej szczepią się niechętnie. Gdybyśmy przepracowali traumę i tragedię, które nas spotkały, być może poczulibyśmy większe ryzyko związane z koronawirusem, a w związku z tym bylibyśmy bardziej chętni się szczepić. W momencie wyparcia znika fundament, na którym można budować przekonanie o poczuciu zagrożenia, co daje impuls do ochrony, czyli przyjęcia szczepionki.

MMP: Polacy kochają wolność, więc nie da się nas również zmusić do przyjęcia zastrzyku.
M.W.: Jak się przyjrzeć z dystansu ostatnim miesiącom, to tak naprawdę twardy lockdown był u nas raz – zaraz na początku. W Wielkiej Brytanii i we Francji ludzie naprawdę byli pozamykani w domach. Jako socjolog patrzę na obostrzenia przez pryzmat tego, czy ludzie przestrzegają pewnych reguł i kiedy. Każda reguła musi się wiązać z sankcją. U nas z sankcjami było słabo. Ludzie zachowywali się raczej według własnego uznania. Posłanka Paulina Matysiak zgłaszała poprawkę do ustawy, żeby umożliwić konduktorom nakładanie sankcji na pasażerów w pociągach, którzy nie noszą maseczki. Poprawka przepadła głosami posłów rządzącej koalicji. Jak się wprowadza jakąś regułę, to trzeba wprowadzać też zasady jej stosowania bądź odstępstw. Opór w społeczeństwie był duży. A takiej inicjatywy zabrakło ze strony rządzących i po stronie instytucji. Przełożyło się to później zapewne na liczbę zakażeń.

MMP: Wyniki badań socjologicznych bywają rozbrajające: owszem, najbardziej ufamy ochronie zdrowia, ale duży odsetek respondentów nadal wierzy, że wirus powstał w chińskim laboratorium, a jego transmisja jest wspomagana przez sieci 5G. Być może lęki wrócą, bo nie wiemy, czy nie grozi nam jesienna fala. Czy kino jako jedno z najbardziej demokratycznych i włączających doświadczeń, ma szansę wrócić do swoich rekordowych frekwencji sprzed pandemii i czy w nim możemy pielęgnować poczucie wspólnoty?
M.W.: Niestety, jestem pesymistą jeśli chodzi o branżę kinową i obawiam się, że w najbliższym czasie Polacy nie ruszą tłumnie do kin. Przez długi czas. Bo kto chodzi do kina? Głównie szeroko rozumiana klasa średnia, czyli ludzie, którzy w czasie wolnym mają potrzebę i możliwość skorzystania z dóbr kultury. Jest to element ich habitusu. Ewentualnie również po to, żeby w towarzystwie się w jakimś sensie pokazać i porozmawiać o tym, co się ostatnio widziało. A jednocześnie klasa średnia jest bardzo obciążona, jeśli chodzi o czas wolny, bo dzieci, praca na etacie, nadgodziny. Odrębnym zagadnieniem są trendy związane z pandemią. Najczęściej analitycy komentujący pandemię podkreślają, że pandemia nie zmieni trendów, ale wyostrzy te, które już się zarysowały przed nią. Jednym z nich jest odchodzenie od fizycznego chodzenia do kina na rzecz korzystania z usług streamingowych.

MMP: W ubiegłym roku Warner Brothers ogłosili, że wszystkie filmy w 2021 r. trafią w dniu premiery również na platformę HBO Max.
M.W.: Właśnie. To był wielki przełom, bo takie posunięcie było do tej pory nie do pomyślenia. Kino było czymś na kształt świątyni. Jakie były awantury, jak Netflix chciał się pokazać na gali oscarowej. Potem temat festiwalu w Cannes. Pandemia była jak fala, która zerwała tamę, która już i tak trzymała się słabo. Obecnie przemysł filmowy, streamingowy ma więcej argumentów, żeby się rozgościć w świadomości konsumentów i wyprzeć konsumpcję kinową. Jest jeszcze trend blockbusteryzacji kina, który się zarysował jakiś czas temu. Bo na wielkie tytuły i głośne premiery chodzi się do kina, żeby zobaczyć mocno podrasowaną narracyjnie i technologicznie opowieść o superbohaterach. Z jej efektami specjalnymi, pompą i rytuałem blichtru. Kino moim zdaniem będzie dążyło do spektakularnej rozrywki. Bo jak już ktoś będzie miał zainwestować swój czas i zasoby i wyjść z domu, będzie poszukiwał istotnie silnego bodźca. Obejrzenie obrazu na dużym ekranie będzie miało większy sens w przypadku niektórych produkcji niż na Netfliksie. I pewnie na tym podejściu wygrają wszystkie takie produkcje typu Avengers czy Batman. Minie trochę czasu, zanim kino wróci na tory, po których mknęło przed pandemią. Przez ostatni rok istotnie zmieniliśmy model konsumpcji kultury. A przynajmniej zakres konsumowania kultury online znacząco się poszerzył. W serwisach streamingowych najprawdopodobniej znacznie szybciej wjadą premiery niż przed pandemią. Do tego obejmuje je abonament comiesięczny, więc wchodzi w grę wygoda użytkownika. Po co wychodzić z domu, jak można obejrzeć wszystko w telewizorze. Wydaje mi się, że takich ludzi, którzy tylko czekają, żeby wyjść z domu do kina jest znacznie mniej niż tych, którzy chcą spędzać czas przy piwie w ogródkach.

MMP: Nie bez znaczenia jest również inflacja i istotny wzrost cen, a na domiar złego widmo nowego ładu, który wciąż nie ma konkretnego kształtu. A przecież na wielkie animacje idzie się do kina z dziećmi, stówa pęknie na same bilety, a przecież kino to też przekąski. Cola zdrożała, wszystko drożeje – jak żyć i kogo będzie na to stać? Co, jeśli kino przesunie się do sfery rozrywki premium?
M.W.: Myślę, że kiniarze doskonale sobie z tym poradzą, mnożąc promocje. Moim zdaniem kwestie finansowe nie będą bardziej dolegliwe niż przed pandemią. Jeśli chodzi o kondycję gospodarczą – jestem raczej optymistą. Moim zdaniem nie zubożejemy jakoś szczególnie z powodu pandemii. Wskaźniki makroekonomiczne póki co są dosyć optymistyczne, nadzieja na odbicie jest w Polsce bardziej wyraźna niż w innych krajach Europy. Nasza gospodarka bardziej opiera się na przemyśle niż na turystyce na przykład – mam obawy, że Włochy dostaną dramatycznie w kość. Więc pewnie sobie poradzimy lepiej. Mam obawy, że Polacy zbiednieją nie tyle z powodu pandemii, ile z powodu transformacji energetycznej i kryzysu klimatycznego. W kolejnych latach będziemy płacić dużo więcej za prąd niż obecnie i to nie ma bezpośredniego związku z pandemią.

MMP: To co można z socjologicznego punktu widzenia podsunąć kinom, żeby nie drżały o frekwencję?
M.W.: Ludzi będzie dużo w różnych przestrzeniach społecznych i paradoksalnie dla kina szansą na oswojenie będzie wyjście do widzów poza mury samego kina. Tak jak dla szczepień. Jak ludzie widzą na rynku punkt szczepień, to podchodzą i szczepią się chętniej niż wtedy, kiedy muszą iść do szpitala albo do przychodni. Może z kulturą też tak powinno być? Może sposobem na zainteresowanie ludzi kulturą będzie ponowne wyjście z kulturą do nich? Nie przez reklamy, bo wszyscy reagują na nie alergicznie, tylko ulokować ofertę gdzieś w przestrzeni społecznej? Moim zdaniem kapitalnym przykładem jest tu kino samochodowe. W Toruniu zorganizowało się kino samochodowe i dwie godziny po ogłoszeniu, że takie przedsięwzięcie będzie realizowane, nie było już biletów. Ale żeby to przybrało bardziej wyraźną i rozległą skalę, powinny się w to włączyć również wielkie sieci zagraniczne. Wtedy to robi wrażenie, bo inne przedsięwzięcia są lokalne (kino na leżakach albo przedsięwzięcia samorządowe). Dajmy na to, że na parkingu przed Cinema City raz w tygodniu wyświetlany jest tam film za darmo. Bo kino od Netfliksa odróżnia doświadczenie. I jakość oglądania. Być może, gdyby ludziom przypomnieć, czym to się różni (i niekoniecznie mam tu na myśli technologię, tylko poczucie jakiejś wspólnoty), to być może obudziłby się głód doświadczenia innego niż konsumpcja filmów na kanapie dzięki serwisowi streamingowemu.
W przedwojennej Polsce, jak jeszcze kina nie były powszechne, ale już filmy można było wyświetlać, to wielkim zainteresowaniem cieszyło się kino objazdowe. Kino ma moc udemokratycznienia odbioru. Gdyby jakaś wielka sieć zorganizowała pociąg z kinem objazdowym, może dotarłaby do turystów, którzy wypoczywają poza wielkimi miejskimi ośrodkami.

MMP: Co Pana jako humanistę i socjologa najbardziej poruszyło we wnioskowaniu w kontekście pandemii?
M.W.: Najbardziej chyba mnie zadziwia i uderza brak reakcji społecznych, jakiś fatalizm. Trzeba żyć dalej, mimo że zdarzyła się tragedia. Błyskawiczna habituacja jest dla mnie też zadziwiająca. Jak szybko się przyzwyczailiśmy do innych niż standardowe warunki. Bo to jest trochę jak z wojną. Z dnia na dzień zmienia się cała rzeczywistość i ludzie muszą się do tego przystosować. Lepiej bądź gorzej, ale tempo tej zmiany było dla mnie porażające. Żyjemy w takich czasach, które nam pomagają uelastyczniać nasze dostosowanie do zmian. Na przykład bez internetu nie byłoby to możliwe, bo gdyby pandemia wybuchła 20 lat temu, to wyglądalibyśmy dzisiaj zgoła inaczej. Frapuje mnie również zagadnienie przepracowania traumy, od którego zaczęliśmy naszą rozmowę. Będziemy psychicznie odreagowywać pandemię bardzo długo, ale to już pytanie to psychoterapeutów – jak. Psychiatrzy podkreślają, że zespól lęku uogólnionego, pogłębiające się depresje oraz w przypadku przewlekłych chorób psychicznych brak dostępu do specjalistów zrobił swoje. Nie zapominajmy, że choroby psychiczne są również fizycznie wyniszczające. Praca zdalna wiązała się z dużo większym obciążeniem fizycznym i psychicznym. Mam wrażenie, że to z nas zacznie się ulatniać, ale kiedy i jak – to na razie trudno przewidzieć.

Rozmawiała: Katarzyna Woźniak

dr Michał Wróblewski - socjolog i filozof związany z Instytutem Socjologii UMK oraz Łukasiewicz-Centrum Oceny Technologii. Jego zainteresowania naukowe związane są z obszarami socjologii zdrowia, choroby i medycyny oraz studiów nad nauką i technologią. Obecnie prowadzi badania dotyczące społecznej percepcji chorób zakaźnych oraz konfliktów wokół zanieczyszczenia powietrza. Autor (razem z K. Afeltowiczem) książki "Socjologia epidemii. Wyłaniające się choroby zakaźne w perspektywie nauk społecznych", która ukaże się w tym roku nakładem Wydawnictwa Naukowego UMK.

(fot. Andrzej Romański)

Katarzyna Woźniak 585 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.