Zezowate szczęście kinowej transformacji - rozmowa z Karolem Jachymkiem

O wyzwaniach, które stoją przed kinem po pandemii, zmianach w modelu konsumpcji kultury i potrzebie nowych bodźców wśród konsumentów kultury rozmawiamy z kulturoznawcą, doktorem Karolem Jachymkiem z Uniwersytetu SWPS.

MMP: Tytuł jakiego filmu albo jego obrazowanie najlepiej, Pana zdaniem, oddałoby to, co wydarzyło się w kinie w ostatnich kilkunastu miesiącach? 
Dr Karol Jachymek: Pierwszy, który mi przyszedł do głowy to "Malcolm i Mary". Ilustruje pewną tendencję i został uznany za jeden z koronnych filmów pandemicznych. Był dostępny na Netfliksie i wielu krytyków przywoływało go w kontekście analizy tego, jak kino radzi sobie w pandemii. Ale gdybym miał poszukać nie w odpowiednikach fabularnych, to drugim filmem, który przyszedł mi do głowy, jest "Zezowate szczęście”. Głównie ze względu na tytuł. Myślę, że właściciele kin i sieci doskonale sobie zdają sprawę z tego, że pandemia jeszcze się nie skończyła. Nie wiemy, co z kolejną falą, bo Polska zasłynęła w Europie liczbą zgonów, a nie wyszczepień. Jesteśmy w procesie powrotów i zamykań. Pomyślałem o "Zezowatym szczęściu”, bo kino było tym rynkiem i biznesem, który w Polsce cieszył się sporą popularnością – rok do roku notowaliśmy wzrosty liczby widzów i widzek. Wobec tego „Zezowate szczęście” jest tytułem symbolicznym, bo pandemia wydarzyła się w momencie największych wzrostów, a aktualnie wskazanie kierunku, w którym kino będzie się rozwijać, jest niezmiernie trudne. Pandemia przerwała tendencję wzrostową w kinie.

MMP: Które zaczęło zmieniać swoje funkcje i pierwotną definicję.
K.J.: Kiedy wyjdziemy od mówienia o kinie jako pewnej instytucji, do której przestajemy przychodzić oglądać filmy, otwieramy rozdział rozmowy o platformach streamingowych, które w czasie pandemii uzyskały całkiem spore wzrosty. Duża grupa użytkowniczek i użytkowników zaczęła w pandemii sięgać po platformy streamingowe po raz pierwszy, co jest zjawiskiem samym w sobie. To rodzi pytanie: na ile ta tendencja będzie silna i jak długo się utrzyma i na ile zmieniły się praktyki odbiorcze, a na ile kino jako model rozrywki zaczyna konkurować z innymi formami narracyjnymi. Weźmy pod uwagę chociażby gry wideo, które jako rynek rosną w siłę i szczególnie w młodym pokoleniu budzą ekscytację.

MMP: Gry wideo jako gracz rynkowy.
K.J.: Jak się temu zjawisku przyjrzeć dokładnie, to tendencja jest aż nadto wyrazista. Sam czuję, że nad moimi wypowiedziami zbierają się chmury czarnowidztwa. Niemniej w istocie mam wrażenie, że ten moment zmian, których jesteśmy świadkami, jest zbudowany na dużym "ale". Każda narracja, na którą się zdecydujemy w kontekście przemian w kinie, będzie siłą rzeczy na nim zbudowana.

MMP: Polska była swoistym fenomenem na rynku kinowym, bo zagranicą frekwencja w kinach notowała spadki. U nas kino zaczęło być postrzegane jako dobro narodowe. Z kolei zagraniczne serwisy podkreślają, że wybuch pandemii tylko przyspieszył tendencje, których jaskółki można było zaobserwować jakiś czas temu, a mianowicie podgryzanie foteli w kinach przez serwisy streamingowe.
K.J.: Można też odwrócić to myślenie i zastanowić się, czy to podgryzanie foteli, czy zmiana paradygmatu i tego, co dziś definiujemy jako kino. Spójrzmy chociażby na tegoroczne rozdania nagród. Jeszcze kilka lat temu byliśmy świadkami narracji, że ta zmiana na rynku, która ma miejsce, jest swego rodzaju słynny festiwal w Cannes – jakąś śmiercią albo transformacją kina. A teraz, jak filmy krótko po premierze mogły być wyświetlane na platformach streamingowych, stały się jedną z głównych przyczyn ich sukcesu. Powiedzmy o ekstremalnych przypadkach, skoro już mówimy o sukcesach kina narodowego. Trudno przemilczeć sukces filmu „365 dni”, który dzięki temu modelowi dystrybucji miało szansę na międzynarodowy rozgłos. Z drugiej strony, wielu producentów przez konieczność umieszczenia swoich filmów na platformach streamingowych sporo straciło. Trwamy w stanie tzw. zezowatego szczęścia, bo pandemia otworzyła nowe możliwości, ale każda decyzja obarczona jest jakimiś konsekwencjami. Swego czasu rozgorzała dyskusja o przyszłości kina po wywiadzie z Małgorzatą Szumowską i Michałem Englertem. Szumowska zwróciła uwagę, że co prawda kina są zamknięte, ale festiwale filmowe trwają, bo odbywają się online. Wiele z nich okazuje się spektakularnym sukcesem. Zatem początkowy niepokój związany z tym, że oto trzeba przenieść formułę festiwalu do online’u, jak chociażby w przypadku Millennium Docs Against Gravity, został zastąpiony zaskoczeniem, ile dobra to może przynieść. Festiwale miały ogromną liczbę odbiorców i odbiorczyń. Za to Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni był krytykowany za to, że nie udostępnił wszystkich filmów online, bo na drodze stanęły zapisy w umowach producenckich czy dystrybucyjnych. Szumowska podkreślała też, że w branży filmowej wiele umów jest realizowanych dzięki wzajemnym interakcjom na żywo, dlatego „tradycyjnemu” kino trudno przestawić się na działanie w modelu, który platformy streamingowe opanowały do perfekcji. Żyjemy w świecie zmiany rozumianej jako transformacja przyzwyczajeń i nie wiemy, w którą stronę ona zmierza.

MMP: W trakcie moich studiów obowiązująca definicja kina mówiła o jednej ciemnej sali, jednym ekranie i wspólnocie widzów. Do tego dochodzi pewien rytuał przybycia do kina, oczekiwania na premierę. W ubiegłym roku Warner Broithers podjęło decyzję, że jego filmy w dniu premiery w 2021 r. trafiają bezpośrednio na HBO Max. Czy wobec tego niedawna definicja kina przestaje być obowiązująca?
K.J.: Jest obowiązująca wciąż, ale nostalgiczna i anachroniczna. Quentin Tarantino może ją zamieścić jako motto przed rozpoczęciem filmu. Niemniej żyjemy też w świecie, w którym intensywne przemiany technologiczne zmieniają nasze sposoby użytkowania rzeczywistości. W czasie rzeczywistym pojawiają się nowe formy narracji, nowe sposoby form nadawczych. Trudno powiedzieć, czy to źle, czy dobrze. Takie samo pytanie można zadać w kontekście rynku książki, płyt CD, rynku streamingu wobec rynku winyli. Najbardziej wyrazisty przykład, który mi się nasuwa, to właśnie zjawisko zmiany modelu konsumpcji muzyki przez streamingowe platformy muzyczne. Mam głównie na myśli model obowiązujący wśród młodszych odbiorców i odbiorczyń. Zadajemy sobie pytanie, czy znikną płyty CD i czy znikną sale kinowe. I czego to będzie świadectwem: uderzę w patetyczny ton: schyłku człowieczeństwa, czy transformacji praktyk.

MMP: Na rynku pojawiają się głosy, że to istnienie wielkich sieci kinowych będzie najbardziej zagrożone, bo kameralne kin studyjne wciąż będą miały swoją niszę.
K.J.: Zgadzam się, że to istotne zagadnienie. Proszę zwrócić uwagę, z jak potężnymi problemami mierzyły się sieci, mając w perspektywie otwarcie z krótkim wyprzedzeniem. Dla multipleksów to były zabójcze decyzje chociażby ze względu na obwarowane prawnymi sankcjami warunki umów dystrybucyjnych. W grę wchodzi potężna logistyka. Pamiętajmy przy tym, że zarobek dużych sieci kinowych związany jest niekoniecznie tylko z konsumpcją filmów – to również teren dużej aktywności producentów FMCG.
Wspomniała pani o definicji tradycyjnego kina, która jest metaforą sposobu odbioru, do którego nostalgicznie jako pewna grupa odbiorców jesteśmy przyzwyczajeni. Jeszcze tego nie wiem, zaznaczam, że wszystko budujemy na wspomnianym „ale”, choć obserwuje, że po kino jako głębszą rozrywkę intelektualną i w celach głównie estetycznych być może zaczniemy chodzić do kin studyjnych, a po show – do multipleksów.

MMP: Zawsze myślałam, że kino jest najbardziej demokratyczną ze sztuk i po pandemii może być najbardziej dostępną formą zbiorowej terapii.
K.J.: To jest szalenie egalitarne. Oczywiście w kontekście osób, które mogą sobie pozwolić na taką rozrywkę i nie są pod tym względem wykluczone. Paradoksalnie cyfryzacja wiązała się z tym, że repertuar kinowy stał się znacznie bardziej dostępny. Co prawda wielkie sieci kinowe nie istnieją ze swoimi salami tylko w metropoliach, ale oferta kinowa w ogóle zdecydowanie się poszerzyła i zwiększyła dostępność. Z drugiej strony żyjemy też w czasach, w których kino intensywnie konkuruje z szeregiem innych komunikatów czy przekazów. Zastanawiam się, w którą stronę ta rywalizacja będzie zmierzała. Mówimy przecież o biznesie czy o obszarze, który wewnętrznie zostanie silnie zdywersyfikowany albo wręcz spolaryzowany. Mowa zatem o potencjalnych różnorodnych tendencjach, które w obrębie tego obszaru jakoś się wzajemnie ścierają. Jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie, żeby orzec, co się wydarzy, bo nie wiemy, w jakim miejscu będziemy za rok-dwa nie tylko jako Polska, ale jako światowy przemysł kulturowy.

MMP: Porozmawiajmy o pieniądzach. Bo jeśli całą rodziną w weekend wybieramy się do multipleksu, to trzeba się liczyć z wydatkiem rzędu co najmniej 200 zł, jeśli zabieramy dzieci. To zaczyna być finansowe przedsięwzięcie. Ceny wszystkich podstawowych produktów rosną, nowy ład wzbudza mnóstwo wątpliwości społecznych, tendencje polaryzacyjne się nasilają. Czy kondycja kina będzie związana z kondycją finansową Polaków? Czy przypadkiem zamiłowanie do oglądania filmów znów nie podzieli Polaków?
K.J.: Jeśli spojrzymy na to, co się cieszy w Polsce popularnością, to, paradoksalnie albo nie, największym zainteresowaniem cieszą się w Polsce polskie produkcje. Zdarza się, że globalne hity przegrywają z lokalnymi produkcjami. Kino niszowe rzadko ściąga tłumy. Wymaga intelektualnego wysiłku, ale wybierają je ci, dla których kino spełnią inną funkcję, bo wiąże się z jakimś kapitałem kulturowym, wymaga intelektualnego wysiłku. Różnimy się więc w postrzeganiu funkcji kina: czymś innym jest pójście na wyrafinowane kino arthouse’owe, bo oczekujemy od tego wyjścia czegoś innego niż pójścia na nowy polski film w reżyserii Patryka Vegi. Chociaż i jedna, i druga potrzeba jest uzasadniona i zrozumiała. Jeszcze inną widownię mają hollywoodzkie blockbustery albo animowane kino familijne, które staje się coraz bardziej zniuansowane, kierowane jest do różnych grup odbiorców i przez to daje również rodzicom przyjemność odbioru chociażby ze względu na wyszukiwanie smaczków. Choć to brzmi jak daleko idące uproszczenie. W istocie myślę, że to zjawisko jest już dość obecne. „Urozrywkowienie” kina jest już zjawiskiem stosunkowo powszechnym, choć polskie produkcje raczej w tym nurcie nie istnieją ze względu na różnice w modelu produkcyjnym. Wiele filmów nie weszło na ekrany, bo zatrzymała je w połowie produkcji pandemia, a ich wejście na platformę streamingową wygenerowałoby jeszcze dalej idące straty. Zastanawiam się, co będzie, jak te wszystkie komedie romantyczne czy inne filmy, których głównym zadaniem było ściągnięcie widzów do kin, wejdą do tych kin w podobnym czasie – jakie to będzie miało rezultaty. I czy nie wpłynie to też na politykę cenową kin. Być może obniżenie cen biletów może wpłynąć na liczbę odbiorców i w szerszym rozrachunku jest bardziej opłacalna. Mnie najbardziej ciekawi, jaką strategię wobec „odmrażania” zatrzymanych produkcji obejmą dystrybutorzy.

MMP: Jerzy Kapuściński mówił w wywiadzie dla MMPOnline o tym, że mamy przez pandemię serię "półkowników”.
K.J.: Mnie też martwi to, że część z tych produkcji się w jakimś sensie "przeterminuje”, bo nie zapominajmy o tym, że istotna część przemysłu kinowego to również filmy obyczajowe albo niewielkie narracje nieobliczone na olbrzymią frekwencję. Paradoksalnie zaczynają się wcale niełatwe miesiące dla kina, bo placówki stacjonarne zostały odmrożone tuż przed wakacjami, a w kontekście repertuarowym to nie jest zawsze miodowy czas dla kinomanów i kinomaniaczek. Co będzie po wakacjach – nie wiemy. Czy nastąpi kolejny lockdown, czy kolejne zamknięcia nie wymuszą na filmach oczekujących premier wejścia na platformy streamingowe. Myślę, że ta przyszłość jest arcyciekawa.

MMP: Niepewność i niemożność planowania generują problemy całeg przemysłu filmowego, również reklamowego.
K.J.: Właśnie, plany filmowe przecież też były albo zamrożone, albo funkcjonowały w reżimach sanitarnych. Nie mówimy tylko o uznanych twórczyniach i twórcach, którzy podejmują się stworzenia wielkiego dzieła o określonym budżecie. Mówimy również o firmach usługowych. Sam fakt takiej niewiedzy, dotyczący tego, jak długo jeszcze będzie można pracować na planie, całkowicie rozkłada działania i strategie produkcji. Niewiadoma wpłynęła również na jakość kręconych filmów, co jest oczywiste – na przykład na jakość produkcji telewizyjnych, które trzeba było w tempie kręcić. Z drugiej strony – łyżka miodu. Wiele polskich produkcji dzięki wejściu na platformy streamingowe zyskały szansę na większą publiczność niż gdyby były wyświetlane tylko w kinach. Myślę, że wielkim przegranym pandemii jest "Hejter” Jana Komasy, ale za to slasher "W lesie dziś nie zaśnie nikt” miało szansę na znacznie większą widownię dzięki Netfliksowi niż tylko kinowa. Zatem pierwszy polski slasher jest wielkim beneficjentem tego posunięcia, "Hejter” - przegranym. Nie wspominając już nawet o filmie "365 dni”, bo z tego, co mi wiadomo, aktualnie trwają zdjęcia do dwóch kolejnych części. Możemy postawić tezę, że być może to moment wielkiego triumfu wśród platform streamingowych. Ale jeśli spojrzeć, ile się w ich obrębie dzieje (raz po raz powstają nowe, jeszcze bardziej atrakcyjne, jeszcze bardziej pojemne albo sprofilowane), łatwo sobie uświadomić, że jesteśmy świadkami intensywnego procesu, którego kierunek rozwojowy trudno wytyczyć. Powstają nawet platformy, które udostępniają filmy tylko konkretnych dystrybutorów. Jeśli dziś chcemy być na bieżąco z nowościami, to musimy opłacać tych platform kilka, a co roku powstają kolejne, coraz bardziej konkurencyjne.

MMP: Pandemia wygenerowała szereg problemów personalnych i uderzyła w tych, których pracy nie widać, a bez nich z kolei nie ma mowy o filmie.
K.J.: Możemy mówić teraz o kinie jako w ogóle przestrzeni po pierwsze niewidzialnej pracy – to wydaje mi się nieodzowne, jeśli kinem autentycznie jesteśmy zainteresowani. W istocie jesteśmy świadkami krachu jakiegoś przemysłu. Pandemia powiedziała „sprawdzam” czemuś, co wydawało nam się przezroczyste i tego nie dostrzegaliśmy.
W ostatnich tygodniach najbardziej przerażająca wydała mi się jeszcze inna kwestia powierzchownie dość dyskutowana. Zaczęło się od rozmowy Roberta Mazurka z Iloną Łepkowską o roli artysty. Odnoszę wrażenie, że jako obywatele i jako naród nie dostrzegamy pewnych społecznych zależności. Narracje dotyczące tego, że artyści i w ogóle przedstawiciele branży zajmującej się profesjonalnie czymś, czego na pierwszy rzut oka nie widać, to darmozjady – ich zalew był przerażający. Z jaką łatwością po doświadczeniu pandemii chcemy z siebie wyrzucić żale i pretensje do świata. Moja intuicja podpowiada, że jednak pandemia spowoduje większą polaryzację w obrębie samego zjawiska czy samej przestrzeni, o której teraz mówimy. Ale absolutnie nie wiadomo, w którą stronę te przemiany będą zmierzały. Żyjemy w czasach wielkiego tygla. Jedyne, co istnieje na pewno, to transformacja, która wydarza się na naszych oczach.

Rozmawiała: Katarzyna Woźniak

dr Karol Jachymek - Kulturoznawca, filmoznawca, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Kulturoznawstwa Uniwersytetu SWPS. 

Katarzyna Woźniak 585 Artykuły

Absolwentka polonistyki na toruńskim UMK ze specjalnością filmoznawczą. Na co dzień zdaje relacje z przesunięć na półkach rynku FMCG. Po godzinach - czytelniczka. Najbardziej lubi pisać o filmach i książkach, choć właśnie o nich pisze najrzadziej.

Komentarze

Prosimy o wypowiadanie się w komentarzach w sposób uprzejmy, z poszanowaniem innych uczestników dyskusji i ich odrębnych stanowisk. Komentując akceptujesz regulamin publikowania komentarzy.